wtorek, 16 października 2007

Rozdział I - Noc jedna z wielu

Rozdział I
Noc jedna z wielu

Był środek tygodnia, wtorek lub środa। To już dawno straciło dla niego znaczenie, dlatego nie przywiązywał do tego żadnej wagi. Daty są dobre dla kronikarzy, a on do tego typu nie należał. Pamiętał o najważniejszych wydarzeniach z życia najbliższych, jednak robił to, bo narzuciła mu to tradycja, w której przyszło mu obecnie żyć. Ponadto nie chciał zdradzić swojego prawdziwego „ja”. Jego życiem kierował zupełnie inny zegar, cel i żądza.

---

Wieczór ponownie był chłodny, pomimo, że cały dzień wydawało się, że wiosna już na dobre zagościła w Krakowie. Na bezchmurnym niebie królował księżyc, majestatycznie odbijając padające na niego słoneczne promienie. Zbliżała się pełnia.

---

Przycupnął na zamkowym murze od strony ulicy Podzamcze. Wprawnie schował się przed wścibskim okiem wawelskich strażników jednocześnie zapewnił sobie doskonałe miejsce do obserwacji kawałka Plant ciągnącego się od Franciszkańskiej do Wawelu. Nocą dochodziło tam do przeróżnych zdarzeń. Dzisiejszy wieczór zaplanował właśnie tutaj.

Od połowy lat dziewięćdziesiątych musiał udoskonalić technikę maskowania. To wszystko przez wszechobecne oświetlenie wawelskiego wzgórza. Doskonały pomysł władz miasta skierowany w stronę turystów oraz mieszkańców, jednak dla niego stanowił dodatkowe utrudnienie. Był jednak świetnie przygotowany do radzenia sobie w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. W końcu nie od dzisiaj się tym zajmował. Jego atutem było bezszelestne poruszanie się i brak cienia. Jednak chwila nieostrożności nie jednego już zgubiła. Nie miał zamiaru stać się jednym z nich.

Czas mijał powoli. Ruch na ulicy był niewielki. Przed momentem przed jego oczami przetoczyła się wesoła grupka młodzieży, która najwyraźniej wypiła więcej niż jednego „browara”. Kątem oka dostrzegł drzewo i gzyms vis-a-vis wylotu ulicy Straszewskiego. Właśnie tam siedział z Nią. Z Tą, która zawładnęła jego myślami i stała się odskocznią od szarości dnia i piekła nocy, piekła, które w każdej chwili mogło się rozpętać. Można powiedzieć, że w pewnych kręgach nie był lubiany i czyhano na jego potknięcie, aby je wykorzystać. Dobrze, że jeszcze nie dowiedzieli się o jego słabości. Gdy kochał to szczerze i namiętnie. Mogło go to zgubić, w tym, co robił. Bał się.

Z zamyślenia wyrwał go nagły kobiecy głos. Oddawaj to! Puść mnie! Pom… – dobiegło z oddali zakłócając ciszę nocy. Lubił ciszę. Wiedział również, że w Krakowie dochodzi dziennie do kilku rozbojów dziennie, a liczba interwencji policji przekracza tysiąc. Jednak, jak duża jest liczba napadów czy drobnych rozbojów, które nie są zgłaszane policji, która w tym momencie traci możliwość ścigania przestępców? Tego nie wiedział, nie myślał o tym, działał. Zwiększenie liczby pieszych patroli spowodowało poprawę bezpieczeństwa jednak tylko zdecydowane działania będą w stanie wyeliminować to zjawisko. Resocjalizacja skrajnych przypadków również wydaje się mijać z celem. Nie zwykł pudłować.

Zareagował natychmiast. Zbliżając się do miejsca zdarzenia dostrzegł młodą dziewczynę ciężko podnoszącą się z asfaltu. Miała rozerwany rękaw bluzki i wielkiego siniaka na prawym kolanie, będącego efektem szarpaniny z trzema osiłkami oraz późniejszego spotkania z podłożem. Za moment się nią zajmę – pomyślał skręcając w ulicę Poselską gdzie skręcili uciekający „siłacze”. Jak nie trudno się było domyślać bohaterowie ostatniej akcji okazali się przedstawicielami grupy społecznej uznającej strój sportowy za strój codziennego użytku, a w niektórych przypadkach nawet za kreację wieczorową. Nie potrafił sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie lubił tych ludzi? Przecież gdyby nie oni musiałby trochę bardziej się napracować, aby zaspokoić swój głód. Może miało to związek z muzyką, z którą kojarzeni są miłośnicy strojów sportowych, a za którą on nie przepadał. Być może czynnikiem kluczowym było zainteresowanie oraz otaczanie wielką czcią i kultem przez „sportowców” niemieckiej myśli motoryzacyjnej, której on również nie był zagorzałym fanem. Nie zastanawiało go to nigdy, a już na pewno nie w tej chwili.

Jego pojawienie się wywołało całkowite zaskoczenie wśród trenującej do maratonu trójką młodzieńców efektem, czego była utrata równowagi spowodowana nagłą przeszkodą niemożliwą do pokonania. Oni jeszcze nie wiedzieli, co ich spotkało.

Pierwszy wyglądający na totalnego półgłówka i sługusa nie miał więcej niż 16 lat. Brak górnej jedynki wskazywał, że mimo tak młodego wieku biedaczek nie pierwszy raz wpakował się w kłopoty. Ostatni raz – pomyślał beznamiętnie. Drugi, chyba lider całej trójki, w wieku 25-26 lat z tanią imitacją złotego łańcucha na szyi, obwieszony równie tandetnymi wyrobami złoto-podobnymi na obydwóch nadgarstkach oraz z lekkim rumieńcem po nazbyt długim naświetlaniu w solarium trzymał w prawej ręce damska torebkę. Torebkę, która kłóciła się z jego strojem i najpewniej nie należała do niego. Pewnie chciał zrobić prezent swojej dziewczynie? Nie dowiem się tego ja, ani ona. Trzeci całkiem łysy i chyba całkiem przypadkiem znalazł się w tej sytuacji z kolegami, którzy musieli mu obiecać łatwy pieniądz na pokrycie części kosztów związanych z organizacją balangi z okazji osiągnięcia wieku pełnoletniości. Ciekawe czy on też dostałby zaproszenie?
  • Co jest kurwa!? – ryknął ten mocno opalony próbując wstać jako pierwszy, jednak jego nadgarstek przeszył nagły i przenikliwy ból uniemożliwiający podparcie się.
  • Wypierdalaj! – dorzucił sługus w przypływie męskości chcąc zaimponować swoim towarzyszom niedoli.
Trzeci leżał dalej całkowicie sparaliżowany strachem. Ciekawe, dlaczego zawsze ktoś się boi? To z pewnością przez oczy – przebiegło mu przez myśl i obiecał sobie, że powróci do tego pytania. Miał teraz ważniejsze sprawy na głowie i mało czasu. Dodatkowo z ziemi dobiegło ponownie.
  • Złaź z mojej ręki kutasie! Zaraz urządzę cię tak jak ci się nie śniło! „Młody”! Na co czekasz? Dawaj kosę! – rzucił do swojego sługusa.
Nie zareagował w ogóle na jego słowa, chociaż jego ręka w pierwszym momencie zamierzała wykonać jakiś ruch.
  • Masz coś, co nie należy do ciebie, ani do mnie. Pojawiłem się, aby zwrócić to prawowitej właścicielce – odpowiedział zimnym i nieznoszącym sprzeciwu głosem w stronę przydeptanego opryszka.
  • Pierdol się! Co jest!? Jakiegoś Batmana zgrywasz inteligenciku? – wybeczał plażowicz.
  • Uwierz mi, że chciałbyś teraz spotkać Batmana – odparł odrzucając torebkę na przylegający do chodnika trawnik.
  • Oddawaj torebkę chuju! – nie tracił rezonu miłośnik złota.
Nie tracąc chwili wprawnym ruchem poderwał z ziemi opalonego i jego sługusa. Jego siła i sprawność zrobiła piorunujące wrażenie na obydwóch rabusiach. W ich oczach pojawiło się przerażenie i żaden z nich nie śmiał pisnąć ani słowa. Wiedzieli, że nie spotkali się z ludzką siłą. Resztki umysłu zdolne jeszcze do jakiegokolwiek logicznego rozumowania podpowiedziały im, że jego twarz może być ostatnią, jaką przyjdzie im zobaczyć. Nie mylili się. Ostre jak brzytwy siekacze zadały niewyobrażalny ból złotnikowi. Niech umiera powoli - tak zadecydował, zadbał jednak o to, aby doszło do przemiany. Zatrzymany nie stanowił zachęcającego w jakikolwiek sposób materiału na wampira. Sługus zginał od razu. Ugryzienie połączone było z taką siła, że kręgi szyjne oniemiałego młodzieńca nie były w stanie go wytrzymać. Otarł usta atłasową chusteczka i ułożył złapanych pod murem. Zanim ktokolwiek rozpozna w nich zmarłych minie sporo czasu. Odwrócił się, aby zabrać porzuconą torebkę i spostrzegł, że trzeci z opryszków zniknął bez śladu.
  • Cholera! – zaklął w myślach – Pewni przeczytam jutro o sobie w prasie! To może zwiastować kłopoty.
Wziął torebkę i za moment pojawił się tuż za blondynką w wieku 21-22 lat, która dalej znajdowała się w szoku po tym, co się stało.
  • To chyba należy do pani? – zapytał delikatnym głosem aby jej dodatkowo nie wystraszyć.
  • Taaaak – odparła drżącym głosem wyciągając rękę po torebkę.
  • Proszę się nie bać i nie ruszać przez chwilę – powiedział spokojnie i przyłożył swoją prawą dłoń do stłuczonego kolana. Chłód jego dłoni wywołał lekkie drżenie u dziewczyny, jednak nie poruszyła się spełniając jego życzenie.
  • A teraz, proszę udać się jak najszybciej do domu. Opłacona taksówka już na panią czeka. – powiedział wskazując na zaparkowany niedaleko czerwony samochód.
  • Dziękuję – odpowiedziała. On jej już nie usłyszał. Zniknął tak samo niespodziewanie jak niespodziewanie się pojawił. Na miejscu, w którym stał został niewielki bukiecik z polnych kwiatów.
Czas udać się na spoczynek – pomyślał pojawiając się w holu swojej posiadłości za miastem. Jutro, właściwie to dzisiaj, trzeba wstać do pracy, a ja znowu będę miał przekrwione oczy. Jeszcze ktoś pomyśli, że jestem wampirem – pozwolił sobie na mało wysublimowaną refleksję. Nie mógł jednak zasnąć. Spokoju nie dawał mu trzeci z powstrzymanych dzisiejszego wieczoru rabusiów. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z konsekwencji swojej nieuwagi. Wiedział jednak, że będzie na nie przygotowany. Pomyślał o Niej.

Brak komentarzy: