środa, 17 października 2007

Rozdział III - Cienie miasta

Rozdział III
Cienie miasta


Około piętnastej Magda wróciła do swojego domu po sześciu godzinach spędzonych na lekcjach w ostatniej klasie gimnazjum. Była zdolną uczennicą bez żadnych problemów wychowawczych ani tych związanych z bieżącą nauką. Od pewnego czasu poszukiwała jednak swojego miejsca i kilka tygodni temu w jej życiu nastąpił przełom. Poznała, jak jej się wydawało, tego jedynego. Miał siedemnaście lat, chodził do jednego z bardziej renomowanych krakowskich liceów, rozumiał jej problemy. Spędzali ze sobą wiele czasu podczas rozmów na Gadu-Gadu. Tego popołudnia nie mogła się wręcz doczekać, kiedy ponownie siądzie przed ekranem swojego monitora.

Korzystając z nieobecności rodziców i młodszej siostry, zapominając o przygotowanym wcześniej przez mamę obiedzie pobiegła do swojego pokoju i włączyła komputer. Po kilkudziesięciu sekundach przed jej oczami pojawił się znajomy pulpit z przeróżnymi ikonami, a na dole ekranu świeciło się żółte słoneczko symbolizujące uruchomiony komunikator. Bez zastanowienia otwarła swoją listę kontaktów, był dostępny. Rozpoczęła.

maggie> Cześć Jacku! Jak mija dzień?
jack17> Witaj Madziu!
jack17> Dobrze! A jak Twój? Tęskniłem!
maggie> Nie najlepiej. Strasznie nas dzisiaj ta jędza na fizyce wymęczyła i jeszcze kartkówkę zrobiła.
maggie> Dodatkowo jeszcze ta trójczyna z klasówki z historii i w perspektywie wieczór w pustym domu! :-(
jack17> Nie przejmuj się! Trójkę szybko poprawisz! Wierzę w Ciebie :-)
maggie> Mam nadzieję.
maggie> Jesteś kochany! :*
jack17> :*
jack17> A tak właściwie to sobie pomyślałem, że może miałabyś ochotę się spotkać? Tak długo się już znamy, może warto by było? Bardzo Cię lubię i chciałbym Cię poznać.
jack17> Jest taka piękna pogoda. Nie ma co siedzieć przed monitorem. Co Ty na to?
maggie> Też o tym myślałam! Bardzo chciałabym się z Tobą spotkać! :-)
maggie> To może o 16:30 w Parku Jordana? Tam przy pomniku na środku?
jack17> Świetnie, bardzo dobry pomysł.
maggie> Już nie mogę się doczekać. Ale teraz muszę się przygotować i zdążyć na autobus.
jack17> Pamiętam, że musisz dojechać! Będę czekał! Ogromnie się cieszę, że nareszcie się poznamy!
maggie> Ja również! Już nie mogę się doczekać! Do zobaczenia!
jack17> Do zobaczenia!


Fala entuzjazmu spowodowała, że na jej policzkach pojawił się rumieniec. Musiała się przygotować. Chciała się podobać. Przecież to był ten, ten jedyny, ten wymarzony, ten, który był przy niej, ten, który ją rozumiał. Nie było czasu do stracenia. Pobiegła do szafki sprawdzić stan swojej garderoby. Liczyła na to, że to popołudnie i wieczór odmienią w końcu jej życie. Nie myliła się. Nie wiedziała tylko jak bardzo.

---

Punktualnie o 12:15 drzwi komisariatu policji na os. Zgody przekroczył niespełna osiemnastoletni Maciek. Włosy ułożone na łyso oraz sportowy strój nie zrobiły większego wrażenia na funkcjonariuszu siedzącym przy wejściu.
  • Pan tutaj, w jakim celu? – padło z ust służbisty.
  • yyy… - zawachał się – chciałem… chciałem… zgłosić pobicie – wystękał w końcu.
  • Nie wyglądasz na pokiereszowanego – odparł trzeźwo funkcjonariusz.
  • yyy… nie… yyy… nie swoje pobicie, kolegów pobito – nie poddawał się Maciek.
  • Dobra! Zaraz kogoś do ciebie przyślę – rzucił znudzony.
  • Chodzi o tych dwóch, co o nich dzisiaj w radiu mówili – wypalił pobudzony nagłym przypływem odwagi.
  • Poczekaj tutaj! Zaraz ktoś tutaj podejdzie! – poinstruował, prawie krzycząc, pełniący służbę. O kurwa! – pomyślał w duchu chwytając za słuchawkę. Dwa ciała w samym centrum miasta, a teraz jakiś dres przychodzi na „jego” komisariat i mówi, że coś na ten temat wie. Niezła historia. Skończywszy rozmyślać skontaktował się z sierżant Sylwią Kamińską i poinformował o nieoczekiwanym gościu stojącym przed drzwiami.
---

W tym samym czasie do komisariatu na ulicy Szerokiej weszła dwudziesto dwu letnia studentka filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pojawienie się atrakcyjnej blondynki w progach komisariatu wywołało drobne poruszenie wśród przebywających tam aktualnie funkcjonariuszy. Po krótkim wyjaśnieniu gnębiącego nowoprzybyła problemu i ku ogromnemu niezadowoleniu swoich kolegów po fachu sierżant Monika Polak zaprosiła młodą i nadal lekko zdenerwowaną Anię do swojego pokoju.
  • Dobrze Aniu. Najmocniej przepraszam! Czy mogę się tak do pani zwracać? – rozpoczęła sierżant Polak.
  • Oczywiście, bardzo proszę – spokojnie odpowiedziała Ania.
  • Aniu! Opowiedz mi, proszę, co się wydarzyło wczoraj wieczorem na Plantach – poprosiła sierżant.
  • Wszystko rozpoczęło się od spotkania ze znajomymi z roku – Ania zaczęła powoli opowiadać – Spotkaliśmy się w jednej z knajpek na Brackiej. Pożartowaliśmy, porozmawialiśmy, wypiliśmy kilka piw. Ja wypiła tylko dwa! – dodała natychmiast, lekko zaniepokojona nie wiedząc jaka będzie reakcja rozmawiającej z nią pani policjant. Sierżant Polak nie zareagowała słuchając opowieści dziewczyny – Około 23-ej stwierdziliśmy, że najwyższa pora zakończyć spotkanie, zwłaszcza, że z samego rana czekały nas trudne zajęcia. Wyszliśmy na zewnątrz na Bracką i każdy zaczął określać, w która stronę się udaje. Akurat w moim kierunku nie szedł nikt ze znajomych. Zauważył to Michał i zaproponował, że mnie odprowadzi. Zauważyłam, że chyba mu się podobam jednak wiedziałam, że mieszka zupełnie w innym miejscu miasta i nie chciałam się narzucać. Zresztą chyba nie do końca podzielam jego fascynację moją osobą – zdobyła się na szczerą uwagę. - Podziękowałam mówiąc, że mam niedaleko i się przespaceruję. Udałam się w stronę Kazimierza, bo wynajmuję pokoik na ulicy Wawrzyńca. Postanowiłam przejść Plantami pod Wawel i póżniej w stronę domu, uważając, że bezpieczniej jest spacerować wzdłuż ruchliwej ulicy. Nie uwzględniłam tego, że na Plantach czyhać będzie na mnie niebezpieczeństwo – kontynuowała Ania.
  • No własnie – przerwała sierżant – następnie udałaś się Franciszkańską i póżniej poszłaś Plantami w stronę Wawelu, tak?
  • Tak – potwierdziła Ania – Minęłam Poselską, Planty wydawały się opuszczone. Nagle, tuż przed budynkiem Wyższego Seminarium Duchownego zupełnie niespodziewanie doskoczyło do mnie trzech napastników.
  • Czy możesz ich opisać? Pamiętasz jakieś znaki szczególne? Cokolwiek, co mogłoby nam pomóc? – zareagowała natychmiast sierżant Polak.
  • Nie wiem – odpowiedziała Ania lekko łamiącym się głosem.
  • Wiem, że to trudne i że wszystko działo się bardzo szybko, ale czy jest coś, co zapadło Ci w pamięć? – zapytała sierżant Polak, starając się uspokoić dziewczynę – Czy Ci grozili? Czy możesz spróbować określić ich wiek? – drążyła dalej, starając się naprowadzić studentkę na jakiś pomocny szczegół.
  • Wydaj mi się, że dwóch z nich było trochę młodszych od tego trzeciego – próbowała Ania – Wydaj mi się, że mieli nie więcej niż osiemnaście lat. Ten trzeci wydawał się być trochę starszy.
  • Bardzo dobrze Aniu! Czy przypominasz sobie coś jeszcze? – próbowała pobudzić Anię sierżant Polak.
  • Tak. Zanim ten najstarszy, chyba ich przywódca, wyrwał mi torebkę i pchnął mnie na ziemię, zauważyłam, że miał na szyi złoty łańcuch. Na nadgarstkach też miał sporo złota – przypomniała sobie dziewczyna – Jednak to, co wydarzyło się póżniej było niezwykłe – dodała całkiem niespodziewanie.
  • Co dokładnie masz na myśli? – zapytała wyrażnie zaciekawiona i zbita z tropu sierżant Polak.
  • Musiałam na chwilę stracić przytomność, gdy upadłam na asfalt. Gdy odzyskałam świadomość chciałam wstać. Wstając nagle za swoimi plecami zobaczyłam osobę trzymającą w ręce moją torebkę – rozpoczęła Ania.
  • Osobę? – zdumiała się sierżant – Mówiłaś, że nikogo nie zauważyłaś w pobliżu – dociekała.
  • Tak. Ja również byłam zaskoczona, nie mniej niż pani teraz – odparła Ania – Ten mężczyzna. Tak, to był mężczyzna. Wysoki, 180-185 centymetrów wzrostu, blond włosy, jasna cera, niebieskie oczy, ubrany w czarną kurtkę z postawionym na sztorc kołnierzem – rozpoczęła opisywanie Ania – Te oczy. Lodowate, a jednocześnie pełne ciepła i dobroci, gdy popatrzył na mnie i wręczył mi moją torebkę – opowiadała wyrażnie podekscytowana Ania – Musiał zauważyć moje stłuczone kolano, bo przyłożył do niego swoja dłoń. Poczułam przenikliwy chłód przebiegający przez moje ciało. Jednak, proszę spojrzeć, nie ma ani śladu po stłuczeniu – pokazała swoją nogę Ania.
  • Faktycznie – odparła z nieukrywanym zdziwieniem sierżant Polak – Czy on jednak też ci groził, chciał wyrządzić ci krzywdę? – zapytała natychmiast, nie tracąc koncentracji.
  • Nie! Jego dotyk był delikatny i nie czułam żadnego strachu – odpowiedziała Ania – Po chwili powiedział do mnie, żebym wracała do domu i wskazał zaparkowaną niedaleko taksówkę. Gdy odwróciłam się spowrotem, zdobywając się na proste dziękuję, jego już nie było! Zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił. Na miejscu, na którym stał pozostał tylko… bukiet polnych kwiatów – zakończyła Ania.
  • Aniu! Czy ten mężczyzna mówił coś jeszcze? Czy byłabyś w stanie go wskazać, gdybyś zobaczyła go raz jeszcze? – zapytała sierżant Polak.
  • Myślę, że tak – powiedziała Ania.
  • Czy słyszałaś już jakieś poranne wiadomości? – zadała pytanie sierżant.
  • Nie, nie miałam okazji. Czy coś się stało? – odpowiedziała Ania.
  • Dzisiaj nad ranem, na ulicy Poselskiej znaleziono dwa ciała. Jeden z zamordowanych odpowiada opisowi napastników, którzy wczoraj wieczorem zaatakowali cię na Plantach. Aniu mogłaś rozmawiać z potencjalnym zabójcą tych ludzi – powiedziała bez najmniejszych emocji sierżant Polak – Będę musiała cię poprosić o pozostawienie danych kontaktowych, gdyż chcielibyśmy abyś spróbowała zidentyfikować napastników.
Ania nie była w stanie wypowiedzieć słowa. Miała przeczucie, że ten człowiek nie mógł tego zrobić. Czy to był człowiek? To pytanie uderzyło w nią z całą swoją niezwykłą siłą. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje.
---

Na przeciwnym krańcu Krakowa, na os. Zgody trwał zupełnie inny dialog.
  • Maciek. Mówisz, że byłeś wczoraj ze swoimi kolegami w mieście i że oni dzisiaj nie żyją, tak? – zapytała sierżant Kamińska.
  • Tak – odparł niespokojnie dres.
  • Czy powiesz mi coś więcej? – sierżant starała się pobudzić Maćka do bardziej rozbudowanych wypowiedzi.
  • Pojechaliśmy z kumplami na miasto. Szukałem „kasy” na zorganizowanie balangi, bo niedługo jest moja „osiemnastka”. „Starzy” nie dają kasy, więc musze sam coś zorganizować – rozpoczął Maciek.
  • I co postanowiliście zrobić?
  • Szwendaliśmy się po Plantach i chcieliśmy złapać jakiegoś „jelenia” i wyciągnąć z niego fundusze. Już traciłem nadzieję, ale ok. 23-ciej zobaczyliśmy samotna „lalkę” idącą w stronę Wawelu. Zaskoczyliśmy ją – opowiadał bez żadnego zażenowania Maciek – „Daro” wyrwał jej torebkę i rzucił na ziemię, bo zaczynała robić hałasu. Zaczęliśmy uciekać w stronę Poselskiej, zanim ktokolwiek mógł nas zauważyć.
  • Wbiegliście w ulicę Poselską i co się stało?
  • Gdy prawie dobiegaliśmy do Grodzkiej pojawił się, nagle, jakiś facet. Kawał skurwiela. Stanął przed nami głupi kutas. Wszyscy się wypierdoliliśmy na glebę – nie zważał na słownictwo Maciek. Na samą myśl o tym facecie robił się nerwowy – Głupi pedał dorwał „Dara” i „Młodego”. Najpierw przygniótł ich do ziemie, a póżniej wyrwał jak piórka, jak jakiś pierdolony Superman. Zawlókł ich w zaułek przy załamaniu muru i kamienicy i tam ich wykończył. Korzystając z okazji uciekłem ratując własny tyłek – zakończył dumnie Maciek.
  • Czy możesz coś więcej powiedzieć o napastniku? Mógłbyś go opisać? – zapytała sierżant.
  • Był, kurwa, wielki! 180-185 centymetrów wzrostu, pedalskie blond włoski i czarna kurtka z kołnierzem postawionym do góry. Wyglądał jak jakiś jebany model – nie przebierał w słowach młody dres – I te… oczy… - zamilknął nagle.
  • Oczy? Co z oczami? – dopytywała się sierżant Kamińska.
  • Przejebane kobieto! Unieruchamiają cię! Srasz w gacie jak takie zobaczysz! Kurwa, nie możesz się ruszyć! – wycedził przez żeby Maciek.
  • Dobrze! Wiesz o tym, że będziemy cię musieli zatrzymać do czasu przybycia twoich rodziców? – zakończyła pytaniem sierżant.
  • Wiem! – odpowiedział z nagła skruchą w głosie młodzieniec – Wpakowałem się w niezłe gówno i teraz muszę ponieść karę. – zdobył się nagłe na dojrzałą refleksję. Może jest dla takich jak on nadzieja – pomyślała słysząc to sierżant Kamińska.
  • Dziękuję, na teraz to koniec – powiedziała wychodząc z pokoju.
---

Zbliżała się 16:30. Siedział na jednej z ławek w centrum Parku im. Henryka Jordana i oddawał się lekturze jednego z dzienników. De facto, gazeta była tylko przykrywką dla tego, co robił. Obserwował.

---

O 16:15 Magda wysiadła z autobusu linii 164 na przystanku naprzeciwko głównego budynku Akademii Górniczo-Hutniczej. Miała jeszcze kwadrans, jednak już teraz przyspieszyła kroku. Nie chciała się spóżnić. On na nią czekał. Rozpoznają się bez trudu. Od razu, gdy się poznali, wymienili się fotografiami. Spodobali się sobie.

---

Zauważył ją. Nadchodziła od strony wejścia od ulicy Reymonta. Wyglądała zdecydowanie lepiej niż na fotografiach. Krótka mini odsłaniała niezwykle atrakcyjne nogi, a gładka i obcisła biała bluzeczka pięknie eksponowała młode, jednak niezwykle kobiece kształty. Delikatny makijaż podkreślał i tak już uroczą twarz. Zapowiada się udany wieczór – pomyślał rozlużniając się lekko. Poczuł się pewnie, zbyt pewnie.

---

Prawie biegnąc dotarła do umówionego miejsca. Jakież było jej rozczarowanie, gdy poza kilkoma osobami siedzącymi na postawionych w pobliżu ławkach nie było nikogo. Nie było tam Jego, a była już prawie 16:30. Co się stało? – pomyślała zaniepokojona – Mówił przecież, że nigdy się nie spóżnia. Ma przecież jeszcze pięć minut – próbowała się uspokoić – Ma czas, a ja niepotrzebnie się denerwuję. Postanowiła cierpliwie czekać.

---

Zobaczył jej przybycie i jej rozczarowanie. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Obserwował. Przecież ona nie miała najmniejszego pojęcia, że on tutaj jest. Nie mogła tego wiedzieć. Nie wiedziała nawet jak wygląda.

---

Magda zaczęła niespokojnie chodzić i rozglądać się po okolicy. Miała jego numer telefonu, jednak bała się zadzwonić. Nie chciała wyjść na wpadająca w panikę bez powodu dziewczynkę. To byłoby takie niedojrzałe. Ona uważała się za dorosła i dojrzała osobę.

Gdy zaczynał upływać, grzecznościowy „kwadrans akademicki” nie wytrzymała. Wybrała z ksiązki adresowej zapisanej na jej telefonie komórkowym numer Jacka. Zadzwoniła. Niestety spotkało ją kolejne rozczarowanie. Pozbawiony emocji głos automatu poinformował ją, że połączenie z wybranym numerem jest niemożliwe gdyż abonent przebywa poza zasięgiem sieci lub ma wyłączony telefon. Jeszcze pięć minut – powiedziała do siebie, wyzbywając się złudzeń.

---

Cały czas bacznie obserwował znad czytanej gazety. Widział narastającą u dziewczyny frustrację i zwątpienie. Czekał cierpliwie na rozwój sytuacji. Był na dobrej drodze. Wiedział to.

---

Szala goryczy została przelana. Na policzku nastolatki pojawiła się mała łza. Tak bardzo liczyła na to spotkanie, a spotkał ją całkowity zawód. Została wystawiona przez tego, który wydawał się być właśnie tym idealnym. Postanowiła ruszyć w stronę domu. Skierowała się w kierunku Błoń, a następnie skręciła w lewo udając się do wyjścia od ulicy Ingardena. Zmierzała w kierunku przystanku na wysokości Akademii Rolniczej. Chciała znależć się jak najszybciej w domu i zapomnieć o swojej porażce i o Jacku. Najgorsze miało nadejść.

---

Zauważył, że dziewczyna postanowiła opuścić umówione miejsce, gdyż nie doczekała się na swoją randkę. Spojrzał na złotego Roleta i wstał niby od niechcenia. Widział, że Magda zmierza wolnym krokiem w stronę wyjścia i przystanku. Był prawie pewien, że zmierza do wyjścia od ulicy Ingardena. Tam zresztą zaparkował swojego służbowego, czarnego Range Rovera na warszawskich tablicach rejestracyjnych. Ruszył w przeciwnym kierunku, wiedział jednak, że zdąży ją wyprzedzić. Tak też się stało.

Widział ją skręcającą w stronę wejścia, które sobie założył. Wsiadł szybko do swojego samochodu i zaparkował go dokładnie naprzeciwko wyjścia z parku. Przesiadł się na tylnie siedzenie. Czekał.

---

Pojawiła się w bramie może minutę po nim. Zobaczyła duży czarny samochód zaparkowany przed sobą. Chciała go ominąć. Zabrakło jej czasu.

Wszystko trwało chwilę. Otwierające się drzwi. Silny mężczyzna wciągający ją do środka samochodu. Nawet nie zareagowała. Nawet nie krzyknęła. Nikogo nie było w okolicy.
  • Witaj! – odezwał się mężczyzna.
  • Kim jesteś!? Czego ode mnie chcesz!? Wypuść mnie! – zaczęła krzyczeć Magda.
  • Jestem Jacek, to ze mną się umówiłaś. Wieczór nie jest jeszcze stracony. Teraz dopiero się poznamy – powiedział bez żadnych emocji mężczyzna kneblując usta dziewczynie i zakładając jej czarną opaskę na oczy.
  • Mmmmm… - próbowała coś wyartykułować Magda.
  • A teraz leż spokojnie! Zresztą i tak nikt cię nie usłyszy – rzucił, po czym dyskretnie przesiadł się za kierownicę i odjechał.
---

Jacek Deresz, czterdziesto cztero letni prawnik z wykształcenia, na co dzień prezes jednego z krakowskich przedsiębiorstw. Oddany mąż i ojciec dwójki nastoletnich dzieci skrywał przed światem prawdę o sobie i swoim zwyrodnieniu. Do tej pory wszystko mu się udawało. Nauczył się zresztą świetnie zacierać ślady i obserwować swoje ofiary. Tego wieczoru zapomniał o jednej ze swoich złotych zasad. „Gdy obserwujesz, bacz na to czy sam nie jesteś obserwowany”. Miał stoczyć walkę, na którą nie był przygotowany.

---

Po kilkunastu minutach jazdy zatrzymał się przed jednym z ekskluzywnych osiedli wybudowanych przy ulicy Królowej Jadwigi. Po naciśnięciu odpowiedniego guzika na pilocie, brama powoli się otworzyła. Wjechał na teren osiedla i skierował się w stronę garażu, gdzie zaparkował swój samochód. Nie zainteresował się nawet skrępowaną dziewczyną, która leżała na tylnej kanapie. Nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Zatrzymał się tutaj tylko po to, aby poczekać do zmroku. Spokojnym krokiem udał się do jednego z mieszkań, którego właścicielem było jego przedsiębiorstwo, a które służyło czasami do nieoficjalnych spotkań biznesowych z klientami. Chciał odpocząć.

---

Od momentu, gdy pojawił się w parku nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest obserwowany. Jego cieniem był On. Doprowadziło go do niego, to nieznośne uczucie, które sparaliżowało go w pracy. Postrzegał je jako dar. Jednak ten dar bywał nieznośny i pojawiał się niezbyt sprzyjających sytuacjach lub miejscach. Nie miał na to wpływu i nigdy go nie ignorował. Teraz znajdował się na ogrodzonym terenie osiedla i obserwował okolicę. Wiedział, że dziewczynie w tym momencie nic nie grozi, a on musi uzbroić się w cierpliwość i czekać. Zatopił się w myślach.

---

Od jakiegoś już czasu na niebie królował Księżyc i podlegające mu gwiazdy, gdy nagle podniosły się drzwi od garażu i wyjechał z nich czarny Range Rover. Oczekiwanie dobiegło końca.

---

Jacek wyjechał poza obszar osiedla i skręcił w stronę krakowskiego ZOO. Okolice Lasku Wolskiego nadawały się doskonale na spędzenie dzisiejszego wieczoru. Droga była pusta, więc bez problemu dotarł pod bramę ogrodu zoologicznego. Rozejrzał się uważnie i skręcił w jedną z bocznych ścieżek parkując swój samochód. Czarny lakier i brak światła doskonale go maskował.

Wysiadł z samochodu i powolnym krokiem udał się do tyłu, aby otworzyć tylne drzwi. Gdy to uczynił zobaczył błagający o litość wzrok nastolatki. To go tylko podniecało.
  • Teraz się zabawimy! – wyszeptał jej do ucha – Cieszysz się?
  • Mmmmmmm… - próbowała coś powiedzieć Magda. Jej głos pozostawał jednak mało słyszalny.
  • Nie bój się! To nie będzie bolało. Spodoba ci się! – przekonywał ją ze sprośnym uśmiechem nie schodzącym z twarzy – To do dzieła – powiedział obracając ją na brzuch i sprawdzając czy ręce dziewczyny są odpowiednio związane. Gdy już był pewien, że żaden opór ze strony Magdy nie będzie możliwy odwrócił ją spowrotem na plecy. Jego chciwe z pożądania łapy przymierzały się do tego, aby zerwać z dziewczyny jej bluzeczkę, gdy nastąpiło coś, czego się nie spodziewał.
---

Pojawił się znikąd. Pomimo tego, że stał może 20 centymetrów za plecami niedoszłego gwałciciela, ten nawet nie zauważył jego obecności. Jego świadomość wróciła dopiero, gdy prawa dłoń nieznajomego spadła na lewe ramię mężczyzny i z niewyobrażalną siła spowodowała, że ten aż klęknął na obydwóch kolanach. Widząc to dziewczyna, nie zastanawiając się długo, obdarowała swojego prześladowcę soczystym kopniakiem w sam środek twarzy. Pomimo, że nie mogła się poruszyć, poczuła się odrobinę lepiej.
  • Auuuu! Ty… - nie dokończył zdania i zawyła przerażliwie nie wiedząc, co sprawiało większy ból, kopniak dziewczyny, czy ponadludzka siła próbująca wgnieść do w podłoże.
  • Wstawaj i odwróć się! – zakomunikował przybysz lodowatym głosem oniemiałemu z zaskoczenia Jackowi.
  • Kim, kurwa, jesteś!? – wrzasnął przerażony mężczyzna odwracając się z trudem.
  • Po tak kulturalnym człowieku spodziewałbym się nieco większej ogłady. – zadrwił równie chłodno jak poprzednio nieznajomy przeszywając mężczyznę wzrokiem. Widział pojawiający się strach i przerażenie. I słusznie. Teraz ja popatrzę jak się boisz – pomyślał – dla takich jak on nie znał litości.
  • Czego chcesz? Co ze mną zrobisz? Chcesz pieniędzy? Zapłacę! Ile!? – pytał mężczyzna omalże nie wpadając w słowotok. Nie lubił, gdy ktoś tyle mówił. Kochał ciszę.
  • Czego chcę? – powtórzył pytanie - Oddać światu sprawiedliwość i oczyścić go z takich degeneratów jak ty. – stwierdził spokojnie.
  • Ja mam rodzinę! Mam żonę, dzieci! – wycedził, łkając rzewnie Jacek.
  • Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej, zanim zacząłeś prowadzić drugie życie. – powiedział niebieskooki. Czas przyjacielskiej pogawędki właśnie minął.

Wprawnym chwytem złapał mężczyznę pod szyję i poderwał w górę. Jacek próbował krzyknąć jednak z przerażeniem stwierdził, że nie jest w stanie wydobyć głosu. Chwyt wampira uniemożliwiał mu to. Wylądowali w miejscu gdzie normalnie przechadzają się krakowskie lwy. Mężczyzna drżał. W oczach nieznajomego nie było widać ani śladu emocji. Jego ruchy były szybkie i bezwzględne. Świat widziany oczyma Jacka pokrył się nagła mgłą. Czuł. Tylko czuł. Nie był w stanie się poruszyć.

Nie zamierzał go oszczędzić. Dla takich jak on nie miał litości. W momencie pozbawił go możliwości poruszania się, jednak nie pozwolił na zaburzenia w funkcjonowaniu części układu nerwowego odpowiedzialnego za odbieranie bodżców zewnętrznych. Chciał żeby i on poczuł się jak jego ofiary. Działał bez skrupułów i litości. Śpiące do tej pory lwy nagle się ożywiły. Zniknął.

---

Po chwili pojawił się przy opuszczonym Range Roverze. Związana dziewczyna patrzyła na niego z przerażeniem.
  • Nie bój się, już po wszystkim. – powiedział delikatnym głosem patrząc jej głęboko w oczy – Możesz spokojnie wrócić do domu.
  • Dobrze – odpowiedziała czując ogarniający ją spokój.
  • Wsiądż do tej czerwonej taksówki – powiedział wskazując na zaparkowany w pobliżu czerwony samochód – Kierowca odwiezie cię do domu – mówił kładąc jej rękę na czole. Przez ciało dziewczyny przebiegł dreszcz. Nie powiedziała nic, poddała mu się. Czuła, że się uspokaja. – Teraz możesz już iść. Kierowca na ciebie czeka.
  • Ale… - zaczęła odwracając się w Jego stronę. Nie było tam nikogo. Na miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się nieznajomy pozostał tylko bukiet polnych kwiatów. Magda posłusznie poddała się Jego poleceniom.
---

Zniknął. Miał nadzieję, że ta nastolatka wyciągnie wnioski z dzisiejszej lekcji. Chciał zatopić się w swoich myślach. Nadeszła pora żeby pomyśleć również o sobie. Nie wiedział jeszcze, że nie będzie to takie łatwe.

Brak komentarzy: