środa, 17 października 2007

Rozdział IV - Początek

Rozdział IV
Początek

„Było nas trzech w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Za kilka lat mieć u stóp cały świat, wszystkiego w bród” przez jego myśli przebiegły nagle słowa rockowego standardu. Pogrążył się w jeszcze większej zadumie. Potrzebował odpoczynku. Kilka poprzednich nocy nie należało do najłatwiejszych. Przywyknął do tego, jednak i on nie był maszyną. Potrzebował odpoczynku.

---

Wtorkowy, majowy, poranek nie zapowiadał niczego niezwykłego w życiu lekko zbuntowanego piętnastolatka. Nauka w ósmej klasie szkoły podstawowej zbliżała się do ostatniej prostej, a na jej końcu czekał pierwszy poważny życiowy wyścig, czyli egzaminy do wymarzonego liceum. Piękna pogoda tylko przeszkadzała w ostatnich przygotowaniach oraz ostatnich akordach nauki i próbach poprawienia i tak nienajgorszej średniej. W ostatecznym rozrachunku wszystko może się liczyć, a nie ma nic gorszego, niż jednopunktowe niepowodzenie.

Jak każdego dnia wyszedł spokojnym krokiem w kierunku swojej szkoły. Pogoda dopisywała i dzisiaj, więc bez obaw o niespodziewany deszcz można było się delektować promieniami wiosennego słońca. Zbliżywszy się do bram szkoły zauważył coś niezwykłego. Na szkolnym parkingu stały zaparkowane trzy lśniąco czarne BMW serii 7 z przyciemnionymi szybami oraz tablicami rejestracyjnymi, które nie przypominały mu żadnych znanych światowych oznakowań. Ponieważ samochody stanowiły ciekawy i nowy element najczęściej jednostajnego krajobrazu, zatrzymał się na chwilę, aby chociaż z daleka popatrzeć na ich piękną i dostojną konstrukcję.

Z zapatrzenia wyrwało go lekkie uderzenie w plecy.

  • Co tak się zapatrzyłeś!? Co słychać!? – wykrzyczał jeden z klasowych kolegów, za którym niezbyt przepadał.
  • Przyglądam się tym samochodom. Niecodzienny widok, prawda?
  • No! Fajne furki – odparł jak zawsze pozbawionym głębi i wyczucia tonem nieznośny przybysz – Pewnie jacyś mafiozi albo inni dziwkarze – dorzucił celnie.
  • Pewnie tak – rzucił mimowolnie nie chcąc niepotrzebnie przedłużać tego dialogu. Przepaść intelektualna była jednak zbyt duża i zaczynała go męczyć. – Chodźmy do szatni – zaproponował.
  • Dobra. Ja i tak skoczę jeszcze na szluga. Idziesz?
  • Nie dziękuję. – odpowiedział i ruszył w stronę wejścia do szatni.

Korytarze wrzały od plotek i spekulacji na temat właścicieli oraz podróżnych lśniących w porannym słońcu samochodów, które cały czas stały beznamiętnie zaparkowane na szkolnym parkingu. Jedni sugerowali, że to limuzyny rządowe. Szybko jednak obalono tą teorię, gdyż tablice rejestracyjne nie sugerowały pojazdów używanych, na co dzień przez przedstawicieli władzy państwowej. Dodatkowo gdyby ktoś ważny miał się zjawić w progach szkoły, na pewno było by spore zamieszanie wywołane przez ekipy telewizyjne chcące pokazać integracje władzy rządzącej z dorastająca młodzieżą.

Inna wersja wskazywała na inwestorów, którzy chcieli pomóc szkole w remoncie i ewentualnej rozbudowie, w tym, między innymi w budowie nowej hali sportowej i boiska. Jednak i ta koncepcja została szybko zdyskredytowana, a jej autor wyśmiany. Gdyby taka wizyta miała miejsce, dyrekcja szkolnej placówki już od dawna poinformowałaby o tym cały szkolny świat. Nic takiego nie miało miejsca, jak również nikt z potencjalnych darczyńców nie przechadzał się po szkolnych korytarzach. Dodatkowego smaczku dodawał również fakt, że nawet szacowna dyrekcja i grono pedagogiczne zastanawiało się, do kogo należą zaparkowane przed oknami pojazdy i kim są cie niespodziewani goście.

Jeszcze jedna próba rozwikłania zagadki wskazywała na kogoś bardzo bogatego, kto chciał zapisać swoją pociechę akurat do tej placówki edukacyjnej. Jednak ten pomysł został obalony tak szybko, jak szybko się pojawił, bo przecież nikt z władz szkoły nie wiedział, kim są tajemniczy goście.

Wszyscy spekulowali. Wszyscy byli ciekawi. Wszyscy chcieli wiedzieć. Nikt jednak nie zbliżał się do pojazdów, a te stały cały czas nieruchomo. Nikt nie widział, aby ktoś z nich wysiadał lub do nich wsiadał. Nikt nie wiedział, że nigdy się nie dowie. Nikt nie wiedział, że każdy zapomni o czarnych BMW zaparkowanych przed szkolnym budynkiem. Nikt nie mógł się dowiedzieć poza nimi.

---

Wybrali ich w sposób wydawałoby się przypadkowy. To, co mogło ich razem wiązać i wiązało to wspólny udział w szkolnych aktywnościach sportowych, a w szczególności występy w szkolnej reprezentacji siatkówki. Tworzyli efektywne, zgrane i efektowne trio. Gdy mieli swój dzień mało, kto był w stanie ich zatrzymać. Poza boiskiem trzymali się razem, ale nigdy całą trójką.

Najmłodszy z nich, kolega ze szkolnej ławki. Inteligentny i bystry. Zawsze posiadał obszerną wiedzę z zakresu literatury i języka polskiego. Nie przeszkadzało mu to jednak w byciu w czołówce uczniów określanych jako bardziej zainteresowanych naukami ścisłymi. W przeszłości mieli między sobą kilka nieporozumień, jednak wraz z wiekiem wszystko odeszło w niepamięć i pozostało w sferze anegdotycznych opowieści z czasów dziecięcych. Przecież teraz byli prawie dorośli.

Drugi z nich, laureat dwóch olimpiad, człowiek niezwykle zdolny i utalentowany, potrzebujący ciągłej dominacji, a jednocześnie zawsze działający zgodnie z zasadami i w dobrej wierze. Budził zawsze zachwyt dla różnorodności swoich zainteresowań oraz obszernej wiedzy na każdy temat. Zdolność i przenikliwość argumentacji zawsze wzbudzała podziw. Stanowił przykład dla wielu, poniekąd również dla niego. On był jednak zawsze sobą.

Był sobą. Bardzo często określano go mianem zdolny, ale leniwy. Wykazywał naturalny talent do wszelakich dyscyplin sportowych. W szczególności cechowała go mądrość i zdolność współpracy tak bardzo potrzebna w grach zespołowych. Nigdy nie był ich gwiazdą, ale zawsze był bezcennym ogniwem, które spajało wszystkie tryby pozwalając wydajnie i skutecznie funkcjonować maszynerii tworzącej zespół. Wśród rówieśników zawsze należał do tych lepszych. Nigdy jednak nie wybił się jakoś szczególnie. To jednak miało się już wkrótce zmienić. Nie był świadomy przełomu, który miał się wkrótce wydarzyć.


Po pięciu godzinach lekcyjnych i zjedzonym obiedzie w szkolnej stołówce wyszedł z szatni udając się w stronę domu. Kilkadziesiąt metrów za szkolna bramą, zupełnie niespodziewanie, zza pleców usłyszał kobiecy głos.

  • Przepraszam. Czy mógłbyś się zatrzymać? Chciałabym z tobą porozmawiać – odezwała się miłym i spokojnym głosem.
  • Kim... – rozpoczął pytanie odwracając się jednak nagle oniemiał. Odwróciwszy się zobaczył przed sobą młodą, mająca ok. 22-24 lat, nienagannie ubraną kobietę. Jej obcisła bluzeczka oraz krótka spódniczka nie pozwoliła w pierwszym momencie dokończyć pytania. Żaden inny piętnastolatek nie zareagowałby inaczej.
  • Kim pani jest? I dlaczego chce pani ze mną rozmawiać? – dokończył pytanie po chwili pierwszego oszołomienia.
  • Możesz mówić mi Gabriela – odparła nieznajoma.
  • Dobrze. Pani Gabrielo, kim pani jest i dlaczego chce pani ze mną rozmawiać? –zapytał raz jeszcze, zastanawiając się czy jej imię jest prawdziwe, czy też ma coś sugerować. Gabriela jest żeńskim odpowiednikiem imienia Gabriel. Gabriel, takie imię nosił jeden z archaniołów, który zwiastował Najświętszej Pannie Marii, a wcześniej przepowiedział Zachariaszowi narodziny syna.
  • Prosiłam abyś mówił mi Gabriela – raz jeszcze powtórzyła nieznajoma – Zaufaj mi. Chwyć mnie za rękę i zamknij oczy – poprosił delikatnym głosem.
  • Dlaczego miałbym ci zaufać? Dlaczego miałbym chwytać cię za rękę i zamykać oczy? – zapytał wyraźnie zniecierpliwiony.
  • Ponieważ ktoś chciałby z tobą porozmawiać o twojej przyszłości i temu jak możesz zmienić świat – odpowiedział równie spokojnym tonem jak poprzednio – Poza tym czy nie chciałbyś dowiedzieć się kto i po co zaparkował te samochody, o których wszyscy dzisiaj mówią? – postanowiła go podejść, odwołując się do jego ciekawości.
  • Mojej przyszłości? – zdumiał się, nie wyrażając najmniejszego zainteresowania wątkiem motoryzacyjnym.
  • Tak, twojej przyszłości oraz tego jak możesz przyczynić się do tego żeby świat stał się lepszy – udzieliła odpowiedzi czując, że połknął haczyk.
  • Chyba i tak niczego więcej się od ciebie nie dowiem. Zatem prowadź Gabrielo! – stwierdził zdecydowanie chwytając ją za rękę i zamykając oczy. Gabriela uśmiechnęła się. Wygląda na to, że dobrze go ocenili.

---

  • Możesz już otworzyć oczy – usłyszał spokojny męski głos. Otworzył oczy i spostrzegł, że znajduje się wewnątrz samochodu. Domyślił się, że znajduje się w jednym z zaparkowanych przed szkołą czarnych BMW. Jego domysły potwierdziło jedno spojrzenie za szybę.
  • Jak to się stało? – zapytał lekko zdumionym ale jednocześnie zdecydowanym głosem – kim pan jest, bo Gabrielę zdążyłem już poznać? – skierował swoje pytanie do siedzącego na przeciwko niego mężczyzny w wieku ok. sześćdziesięciu lat ubranego w nienagannie skrojony i dopasowany garnitur.
  • Witaj! Cieszę się niezmiernie, że nareszcie mogę cię poznać osobiście – spokojnym tonem odparł mężczyzna, zdradzając przy okazji swój niemiecki akcent – możesz mówić mi Zygfryd – dokończył.
  • Świetnie! Najpierw jakaś „laska”, która próbuje mi za wszelką cenę udowodnić, że jest żeńską wersja Davida Copperfielda, a teraz pan, podstarzały Niemiec i każde z was wydaje się wyśmienicie bawić i wszystko wiedzieć! Może w końcu ktoś mnie oświeci i powie, co się dzieje!? – nie wytrzymał i wybuchnął w stronę swoich rozmówców.
  • Odrobinę cierpliwości – poprosił Zygfryd – zaraz wszystkiego się dowiesz, a to, co usłyszysz odmieni twoje spojrzenie na otaczający cię świat – dodał zupełnie od niechcenia.
  • No właśnie. Ciągle słyszę o tym zmienianiu świata – rzucił już nieco spokojniej – nie mogę doczekać się wyjaśnień. W swoim młodzieńczym buncie nie przyjmował do wiadomości, że to, co zaraz miał usłyszeć faktycznie odmieni jego życie.

---

  • Pozwól, że na początek się przedstawię – rozpoczął swoją opowieść Zygfryd – nazywam się Zygrfyd von Stocker i jestem Najwyższym Zwierzchnikiem Stowarzyszenia „Prawy Świat”. Stosując bardziej przyziemną terminologię, jestem prezesem tego Stowarzyszenia – wyjaśniał mężczyzna – poza mną we władzach znajduje się jeszcze czterech innych członków, jednak to do mnie należy decydujący głos w podejmowaniu decyzji. Jesteśmy grupą filantropów, których głównym i jedynym celem jest uczynienie świata doczesnego miejscem idealnym, pozbawionym gwałtu, nieprawości, korupcji, przemocy wśród drugiego człowieka i każdego innego wynaturzenia. Naszym celem są ludzie, którym albo udało się uniknąć każącego ostrza wymiaru sprawiedliwości w wyniku sprytu i przebiegłości sowicie opłacanych adwokatów albo tacy, których to ostrze nie zdążyło jeszcze dosięgnąć. Nie chcemy, aby cały czas żyli w poczuciu, że są bezkarni – podkreślił z tajemniczym uśmiechem na twarzy Zygfryda - kolejnym typem są ludzie, których zbrodnie nie wyszły na światło dzienne. To kaci maltretujący swoich najbliższych w zakamarkach swoich mieszkań. To ci, których bezkarność opiera się na strachu i poczuciu bezsilności gnębionych. My działamy jak ten drugi typ.
  • Jak to? – prawie wykrzyknął zdumiony.
  • Skutecznie likwidujemy wrogi element – bez zawahania odparł Zygfryd – robimy to bezszelestnie, bez rozgłosu, jednak tak, aby wiadomość dotarła do ludzi o podobnym pokroju. Plotka szybko się roznosi drogi przyjacielu – powiedział patrząc w jego stronę – a my dajemy półświatkowi taką plotkę, a wraz z nią strach, który odpowiednio pielęgnujemy.
  • Ale kto to robi? W jaki sposób? Przecież pan sobie chyba nie brudzi tego pięknego garnituru? Chyba nie zabijacie? – w jednym momencie pojawiło się tysiące pytań.
  • Prosiłem abyś zwracał się do mnie po imieniu – powiedział lekko się uśmiechając Zygfryd – korzystamy z usług naszych agentów, których nazywamy Stróżami – kontynuował odpowiedź – tylko w ich gestii pozostaje jak daleko mają się posunąć, aby zrealizować cel, którym jest usunięcie zdegenerowanego elementu zdrowego i prawego społeczeństwa.
  • Czy ten agent, Stróż, jak go nazwałeś musi zabijać? – ponowił swoje pytanie.
  • Jeżeli tylko zajdzie taka konieczność – usłyszał niezwłocznie – naszym priorytetem jest dobro i życie ofiary, w drugiej kolejności Stróża, a na samym końcu złoczyńcy.
  • Rozumiem – przyjął wyjaśnienia, cały czas nie wiedząc, co tutaj właściwie robi i po co mu o tym wszystkim opowiadają – ale co to ma właściwie wspólnego ze mną?
  • Wszystko, a być może nic – odparł rozmówca.
  • Jak to nic? W takim razie, po co ta cała szopka i kuglarskie sztuczki? – zapytał lekko poirytowany.
  • Zależy nam na dyskrecji oraz deklaracji – rozpoczął równie delikatnie, co wcześniej Zygfryd – Wybraliśmy kilka młodych, zdolnych osób, w których widzimy potencjał. Potencjał ludzkiego dobra, oddania i determinacji słusznej sprawie oraz błyskotliwości zarówno fizycznej jak i mentalnej. Ty zostałeś jednym z głównych kandydatów, stąd cała ta „szopka”, o którą się srożysz – zakończył Zygfryd.
  • Rozumiem, że oczkujecie jak najszybszej decyzji? – zapytał ponownie.
  • Tak. Masz dwadzieścia cztery godziny na zastanowienie – rzuciła szybko Gabriela – jak będziesz znał decyzję wywieś zielona wstążkę w okolicy swojego domu. Jeżeli stwierdzisz, że nie jesteś zainteresowany wywieś czerwoną wstążkę. Brak wstążki będzie oznaczał automatyczną rezygnację. Ty zapomnisz o nas, my zapomnimy o sobie – zreferowała sprawnie Gabriela.
  • Nawet gdybym się zgodził... przecież jestem jeszcze dzieckiem – powiedział z lekkim niepokojem w głosie.
  • Owszem. Jednak jesteś na tyle dojrzały, aby umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakim świecie chcesz żyć i czy chcesz uczynić świat lepszym? – Zygfryd rozpoczął uspokajającym głosem – w tym momencie oczekujemy jedynie Twojej deklaracji. Chcemy abyś był gotowy zaangażować się sprawie, gdy nadejdzie czas. Nastąpi to nie wcześniej niż po przekroczeniu przez ciebie dwudziestego pierwszego roku życia.
  • Brzmi sensownie. A jak zamierzacie mnie znaleźć? – zapytał.
  • O to się nie martw przyjacielu – z uśmiechem odpowiedział Zygfryd – teraz cię znaleźliśmy, znajdziemy i za parę lat.
  • Skoro tak twierdzisz – podsumował z przekorą godną swego wieku – czy w czymś jeszcze mogę pomóc? – zapytał z nutką lekkiej ironii.
  • To chyba wszystko – powiedział Zygfryd – Gabrielo podaj naszemu przyjacielowi wstążki, aby miał jak dać nam odpowiedź.
  • Dziękuję – odpowiedział odbierając od Gabrieli dwie wstążki mające posłużyć do komunikacji z nieznajomymi.
  • Do zobaczenia przyjacielu! – powiedział Zygfryd
  • Do zob... – nie zdążył dokończyć, gdy uświadomił sobie, że znalazł się z powrotem na drodze do domu. Ehhh te kuglarskie sztuczki – pomyślał – trzeba się dowiedzieć, o co w tym chodzi, bo inaczej może stać się to irytujące. Ścisnął w kieszeni otrzymane kolorowe wstążki. Uśmiechnął się i ruszył w drogę do domu. Znał odpowiedź.
---

Z zadumy wyrwał go nagły odgłos dzwonka do drzwi. Kto czułby potrzebę, aby go odwiedzać? Ciekawe, pomyślał i ruszył w stronę frontowych drzwi, aby przywitać niespodziewanego gościa. Popatrzył przez wizjer. Za drzwiami stał umundurowany mężczyzna. Dzwonek do drzwi rozbrzmiał ponownie. Nie chcąc powodować dalszego zniecierpliwienia mężczyzny, otworzył drzwi...

Rozdział III - Cienie miasta

Rozdział III
Cienie miasta


Około piętnastej Magda wróciła do swojego domu po sześciu godzinach spędzonych na lekcjach w ostatniej klasie gimnazjum. Była zdolną uczennicą bez żadnych problemów wychowawczych ani tych związanych z bieżącą nauką. Od pewnego czasu poszukiwała jednak swojego miejsca i kilka tygodni temu w jej życiu nastąpił przełom. Poznała, jak jej się wydawało, tego jedynego. Miał siedemnaście lat, chodził do jednego z bardziej renomowanych krakowskich liceów, rozumiał jej problemy. Spędzali ze sobą wiele czasu podczas rozmów na Gadu-Gadu. Tego popołudnia nie mogła się wręcz doczekać, kiedy ponownie siądzie przed ekranem swojego monitora.

Korzystając z nieobecności rodziców i młodszej siostry, zapominając o przygotowanym wcześniej przez mamę obiedzie pobiegła do swojego pokoju i włączyła komputer. Po kilkudziesięciu sekundach przed jej oczami pojawił się znajomy pulpit z przeróżnymi ikonami, a na dole ekranu świeciło się żółte słoneczko symbolizujące uruchomiony komunikator. Bez zastanowienia otwarła swoją listę kontaktów, był dostępny. Rozpoczęła.

maggie> Cześć Jacku! Jak mija dzień?
jack17> Witaj Madziu!
jack17> Dobrze! A jak Twój? Tęskniłem!
maggie> Nie najlepiej. Strasznie nas dzisiaj ta jędza na fizyce wymęczyła i jeszcze kartkówkę zrobiła.
maggie> Dodatkowo jeszcze ta trójczyna z klasówki z historii i w perspektywie wieczór w pustym domu! :-(
jack17> Nie przejmuj się! Trójkę szybko poprawisz! Wierzę w Ciebie :-)
maggie> Mam nadzieję.
maggie> Jesteś kochany! :*
jack17> :*
jack17> A tak właściwie to sobie pomyślałem, że może miałabyś ochotę się spotkać? Tak długo się już znamy, może warto by było? Bardzo Cię lubię i chciałbym Cię poznać.
jack17> Jest taka piękna pogoda. Nie ma co siedzieć przed monitorem. Co Ty na to?
maggie> Też o tym myślałam! Bardzo chciałabym się z Tobą spotkać! :-)
maggie> To może o 16:30 w Parku Jordana? Tam przy pomniku na środku?
jack17> Świetnie, bardzo dobry pomysł.
maggie> Już nie mogę się doczekać. Ale teraz muszę się przygotować i zdążyć na autobus.
jack17> Pamiętam, że musisz dojechać! Będę czekał! Ogromnie się cieszę, że nareszcie się poznamy!
maggie> Ja również! Już nie mogę się doczekać! Do zobaczenia!
jack17> Do zobaczenia!


Fala entuzjazmu spowodowała, że na jej policzkach pojawił się rumieniec. Musiała się przygotować. Chciała się podobać. Przecież to był ten, ten jedyny, ten wymarzony, ten, który był przy niej, ten, który ją rozumiał. Nie było czasu do stracenia. Pobiegła do szafki sprawdzić stan swojej garderoby. Liczyła na to, że to popołudnie i wieczór odmienią w końcu jej życie. Nie myliła się. Nie wiedziała tylko jak bardzo.

---

Punktualnie o 12:15 drzwi komisariatu policji na os. Zgody przekroczył niespełna osiemnastoletni Maciek. Włosy ułożone na łyso oraz sportowy strój nie zrobiły większego wrażenia na funkcjonariuszu siedzącym przy wejściu.
  • Pan tutaj, w jakim celu? – padło z ust służbisty.
  • yyy… - zawachał się – chciałem… chciałem… zgłosić pobicie – wystękał w końcu.
  • Nie wyglądasz na pokiereszowanego – odparł trzeźwo funkcjonariusz.
  • yyy… nie… yyy… nie swoje pobicie, kolegów pobito – nie poddawał się Maciek.
  • Dobra! Zaraz kogoś do ciebie przyślę – rzucił znudzony.
  • Chodzi o tych dwóch, co o nich dzisiaj w radiu mówili – wypalił pobudzony nagłym przypływem odwagi.
  • Poczekaj tutaj! Zaraz ktoś tutaj podejdzie! – poinstruował, prawie krzycząc, pełniący służbę. O kurwa! – pomyślał w duchu chwytając za słuchawkę. Dwa ciała w samym centrum miasta, a teraz jakiś dres przychodzi na „jego” komisariat i mówi, że coś na ten temat wie. Niezła historia. Skończywszy rozmyślać skontaktował się z sierżant Sylwią Kamińską i poinformował o nieoczekiwanym gościu stojącym przed drzwiami.
---

W tym samym czasie do komisariatu na ulicy Szerokiej weszła dwudziesto dwu letnia studentka filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pojawienie się atrakcyjnej blondynki w progach komisariatu wywołało drobne poruszenie wśród przebywających tam aktualnie funkcjonariuszy. Po krótkim wyjaśnieniu gnębiącego nowoprzybyła problemu i ku ogromnemu niezadowoleniu swoich kolegów po fachu sierżant Monika Polak zaprosiła młodą i nadal lekko zdenerwowaną Anię do swojego pokoju.
  • Dobrze Aniu. Najmocniej przepraszam! Czy mogę się tak do pani zwracać? – rozpoczęła sierżant Polak.
  • Oczywiście, bardzo proszę – spokojnie odpowiedziała Ania.
  • Aniu! Opowiedz mi, proszę, co się wydarzyło wczoraj wieczorem na Plantach – poprosiła sierżant.
  • Wszystko rozpoczęło się od spotkania ze znajomymi z roku – Ania zaczęła powoli opowiadać – Spotkaliśmy się w jednej z knajpek na Brackiej. Pożartowaliśmy, porozmawialiśmy, wypiliśmy kilka piw. Ja wypiła tylko dwa! – dodała natychmiast, lekko zaniepokojona nie wiedząc jaka będzie reakcja rozmawiającej z nią pani policjant. Sierżant Polak nie zareagowała słuchając opowieści dziewczyny – Około 23-ej stwierdziliśmy, że najwyższa pora zakończyć spotkanie, zwłaszcza, że z samego rana czekały nas trudne zajęcia. Wyszliśmy na zewnątrz na Bracką i każdy zaczął określać, w która stronę się udaje. Akurat w moim kierunku nie szedł nikt ze znajomych. Zauważył to Michał i zaproponował, że mnie odprowadzi. Zauważyłam, że chyba mu się podobam jednak wiedziałam, że mieszka zupełnie w innym miejscu miasta i nie chciałam się narzucać. Zresztą chyba nie do końca podzielam jego fascynację moją osobą – zdobyła się na szczerą uwagę. - Podziękowałam mówiąc, że mam niedaleko i się przespaceruję. Udałam się w stronę Kazimierza, bo wynajmuję pokoik na ulicy Wawrzyńca. Postanowiłam przejść Plantami pod Wawel i póżniej w stronę domu, uważając, że bezpieczniej jest spacerować wzdłuż ruchliwej ulicy. Nie uwzględniłam tego, że na Plantach czyhać będzie na mnie niebezpieczeństwo – kontynuowała Ania.
  • No własnie – przerwała sierżant – następnie udałaś się Franciszkańską i póżniej poszłaś Plantami w stronę Wawelu, tak?
  • Tak – potwierdziła Ania – Minęłam Poselską, Planty wydawały się opuszczone. Nagle, tuż przed budynkiem Wyższego Seminarium Duchownego zupełnie niespodziewanie doskoczyło do mnie trzech napastników.
  • Czy możesz ich opisać? Pamiętasz jakieś znaki szczególne? Cokolwiek, co mogłoby nam pomóc? – zareagowała natychmiast sierżant Polak.
  • Nie wiem – odpowiedziała Ania lekko łamiącym się głosem.
  • Wiem, że to trudne i że wszystko działo się bardzo szybko, ale czy jest coś, co zapadło Ci w pamięć? – zapytała sierżant Polak, starając się uspokoić dziewczynę – Czy Ci grozili? Czy możesz spróbować określić ich wiek? – drążyła dalej, starając się naprowadzić studentkę na jakiś pomocny szczegół.
  • Wydaj mi się, że dwóch z nich było trochę młodszych od tego trzeciego – próbowała Ania – Wydaj mi się, że mieli nie więcej niż osiemnaście lat. Ten trzeci wydawał się być trochę starszy.
  • Bardzo dobrze Aniu! Czy przypominasz sobie coś jeszcze? – próbowała pobudzić Anię sierżant Polak.
  • Tak. Zanim ten najstarszy, chyba ich przywódca, wyrwał mi torebkę i pchnął mnie na ziemię, zauważyłam, że miał na szyi złoty łańcuch. Na nadgarstkach też miał sporo złota – przypomniała sobie dziewczyna – Jednak to, co wydarzyło się póżniej było niezwykłe – dodała całkiem niespodziewanie.
  • Co dokładnie masz na myśli? – zapytała wyrażnie zaciekawiona i zbita z tropu sierżant Polak.
  • Musiałam na chwilę stracić przytomność, gdy upadłam na asfalt. Gdy odzyskałam świadomość chciałam wstać. Wstając nagle za swoimi plecami zobaczyłam osobę trzymającą w ręce moją torebkę – rozpoczęła Ania.
  • Osobę? – zdumiała się sierżant – Mówiłaś, że nikogo nie zauważyłaś w pobliżu – dociekała.
  • Tak. Ja również byłam zaskoczona, nie mniej niż pani teraz – odparła Ania – Ten mężczyzna. Tak, to był mężczyzna. Wysoki, 180-185 centymetrów wzrostu, blond włosy, jasna cera, niebieskie oczy, ubrany w czarną kurtkę z postawionym na sztorc kołnierzem – rozpoczęła opisywanie Ania – Te oczy. Lodowate, a jednocześnie pełne ciepła i dobroci, gdy popatrzył na mnie i wręczył mi moją torebkę – opowiadała wyrażnie podekscytowana Ania – Musiał zauważyć moje stłuczone kolano, bo przyłożył do niego swoja dłoń. Poczułam przenikliwy chłód przebiegający przez moje ciało. Jednak, proszę spojrzeć, nie ma ani śladu po stłuczeniu – pokazała swoją nogę Ania.
  • Faktycznie – odparła z nieukrywanym zdziwieniem sierżant Polak – Czy on jednak też ci groził, chciał wyrządzić ci krzywdę? – zapytała natychmiast, nie tracąc koncentracji.
  • Nie! Jego dotyk był delikatny i nie czułam żadnego strachu – odpowiedziała Ania – Po chwili powiedział do mnie, żebym wracała do domu i wskazał zaparkowaną niedaleko taksówkę. Gdy odwróciłam się spowrotem, zdobywając się na proste dziękuję, jego już nie było! Zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił. Na miejscu, na którym stał pozostał tylko… bukiet polnych kwiatów – zakończyła Ania.
  • Aniu! Czy ten mężczyzna mówił coś jeszcze? Czy byłabyś w stanie go wskazać, gdybyś zobaczyła go raz jeszcze? – zapytała sierżant Polak.
  • Myślę, że tak – powiedziała Ania.
  • Czy słyszałaś już jakieś poranne wiadomości? – zadała pytanie sierżant.
  • Nie, nie miałam okazji. Czy coś się stało? – odpowiedziała Ania.
  • Dzisiaj nad ranem, na ulicy Poselskiej znaleziono dwa ciała. Jeden z zamordowanych odpowiada opisowi napastników, którzy wczoraj wieczorem zaatakowali cię na Plantach. Aniu mogłaś rozmawiać z potencjalnym zabójcą tych ludzi – powiedziała bez najmniejszych emocji sierżant Polak – Będę musiała cię poprosić o pozostawienie danych kontaktowych, gdyż chcielibyśmy abyś spróbowała zidentyfikować napastników.
Ania nie była w stanie wypowiedzieć słowa. Miała przeczucie, że ten człowiek nie mógł tego zrobić. Czy to był człowiek? To pytanie uderzyło w nią z całą swoją niezwykłą siłą. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje.
---

Na przeciwnym krańcu Krakowa, na os. Zgody trwał zupełnie inny dialog.
  • Maciek. Mówisz, że byłeś wczoraj ze swoimi kolegami w mieście i że oni dzisiaj nie żyją, tak? – zapytała sierżant Kamińska.
  • Tak – odparł niespokojnie dres.
  • Czy powiesz mi coś więcej? – sierżant starała się pobudzić Maćka do bardziej rozbudowanych wypowiedzi.
  • Pojechaliśmy z kumplami na miasto. Szukałem „kasy” na zorganizowanie balangi, bo niedługo jest moja „osiemnastka”. „Starzy” nie dają kasy, więc musze sam coś zorganizować – rozpoczął Maciek.
  • I co postanowiliście zrobić?
  • Szwendaliśmy się po Plantach i chcieliśmy złapać jakiegoś „jelenia” i wyciągnąć z niego fundusze. Już traciłem nadzieję, ale ok. 23-ciej zobaczyliśmy samotna „lalkę” idącą w stronę Wawelu. Zaskoczyliśmy ją – opowiadał bez żadnego zażenowania Maciek – „Daro” wyrwał jej torebkę i rzucił na ziemię, bo zaczynała robić hałasu. Zaczęliśmy uciekać w stronę Poselskiej, zanim ktokolwiek mógł nas zauważyć.
  • Wbiegliście w ulicę Poselską i co się stało?
  • Gdy prawie dobiegaliśmy do Grodzkiej pojawił się, nagle, jakiś facet. Kawał skurwiela. Stanął przed nami głupi kutas. Wszyscy się wypierdoliliśmy na glebę – nie zważał na słownictwo Maciek. Na samą myśl o tym facecie robił się nerwowy – Głupi pedał dorwał „Dara” i „Młodego”. Najpierw przygniótł ich do ziemie, a póżniej wyrwał jak piórka, jak jakiś pierdolony Superman. Zawlókł ich w zaułek przy załamaniu muru i kamienicy i tam ich wykończył. Korzystając z okazji uciekłem ratując własny tyłek – zakończył dumnie Maciek.
  • Czy możesz coś więcej powiedzieć o napastniku? Mógłbyś go opisać? – zapytała sierżant.
  • Był, kurwa, wielki! 180-185 centymetrów wzrostu, pedalskie blond włoski i czarna kurtka z kołnierzem postawionym do góry. Wyglądał jak jakiś jebany model – nie przebierał w słowach młody dres – I te… oczy… - zamilknął nagle.
  • Oczy? Co z oczami? – dopytywała się sierżant Kamińska.
  • Przejebane kobieto! Unieruchamiają cię! Srasz w gacie jak takie zobaczysz! Kurwa, nie możesz się ruszyć! – wycedził przez żeby Maciek.
  • Dobrze! Wiesz o tym, że będziemy cię musieli zatrzymać do czasu przybycia twoich rodziców? – zakończyła pytaniem sierżant.
  • Wiem! – odpowiedział z nagła skruchą w głosie młodzieniec – Wpakowałem się w niezłe gówno i teraz muszę ponieść karę. – zdobył się nagłe na dojrzałą refleksję. Może jest dla takich jak on nadzieja – pomyślała słysząc to sierżant Kamińska.
  • Dziękuję, na teraz to koniec – powiedziała wychodząc z pokoju.
---

Zbliżała się 16:30. Siedział na jednej z ławek w centrum Parku im. Henryka Jordana i oddawał się lekturze jednego z dzienników. De facto, gazeta była tylko przykrywką dla tego, co robił. Obserwował.

---

O 16:15 Magda wysiadła z autobusu linii 164 na przystanku naprzeciwko głównego budynku Akademii Górniczo-Hutniczej. Miała jeszcze kwadrans, jednak już teraz przyspieszyła kroku. Nie chciała się spóżnić. On na nią czekał. Rozpoznają się bez trudu. Od razu, gdy się poznali, wymienili się fotografiami. Spodobali się sobie.

---

Zauważył ją. Nadchodziła od strony wejścia od ulicy Reymonta. Wyglądała zdecydowanie lepiej niż na fotografiach. Krótka mini odsłaniała niezwykle atrakcyjne nogi, a gładka i obcisła biała bluzeczka pięknie eksponowała młode, jednak niezwykle kobiece kształty. Delikatny makijaż podkreślał i tak już uroczą twarz. Zapowiada się udany wieczór – pomyślał rozlużniając się lekko. Poczuł się pewnie, zbyt pewnie.

---

Prawie biegnąc dotarła do umówionego miejsca. Jakież było jej rozczarowanie, gdy poza kilkoma osobami siedzącymi na postawionych w pobliżu ławkach nie było nikogo. Nie było tam Jego, a była już prawie 16:30. Co się stało? – pomyślała zaniepokojona – Mówił przecież, że nigdy się nie spóżnia. Ma przecież jeszcze pięć minut – próbowała się uspokoić – Ma czas, a ja niepotrzebnie się denerwuję. Postanowiła cierpliwie czekać.

---

Zobaczył jej przybycie i jej rozczarowanie. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Obserwował. Przecież ona nie miała najmniejszego pojęcia, że on tutaj jest. Nie mogła tego wiedzieć. Nie wiedziała nawet jak wygląda.

---

Magda zaczęła niespokojnie chodzić i rozglądać się po okolicy. Miała jego numer telefonu, jednak bała się zadzwonić. Nie chciała wyjść na wpadająca w panikę bez powodu dziewczynkę. To byłoby takie niedojrzałe. Ona uważała się za dorosła i dojrzała osobę.

Gdy zaczynał upływać, grzecznościowy „kwadrans akademicki” nie wytrzymała. Wybrała z ksiązki adresowej zapisanej na jej telefonie komórkowym numer Jacka. Zadzwoniła. Niestety spotkało ją kolejne rozczarowanie. Pozbawiony emocji głos automatu poinformował ją, że połączenie z wybranym numerem jest niemożliwe gdyż abonent przebywa poza zasięgiem sieci lub ma wyłączony telefon. Jeszcze pięć minut – powiedziała do siebie, wyzbywając się złudzeń.

---

Cały czas bacznie obserwował znad czytanej gazety. Widział narastającą u dziewczyny frustrację i zwątpienie. Czekał cierpliwie na rozwój sytuacji. Był na dobrej drodze. Wiedział to.

---

Szala goryczy została przelana. Na policzku nastolatki pojawiła się mała łza. Tak bardzo liczyła na to spotkanie, a spotkał ją całkowity zawód. Została wystawiona przez tego, który wydawał się być właśnie tym idealnym. Postanowiła ruszyć w stronę domu. Skierowała się w kierunku Błoń, a następnie skręciła w lewo udając się do wyjścia od ulicy Ingardena. Zmierzała w kierunku przystanku na wysokości Akademii Rolniczej. Chciała znależć się jak najszybciej w domu i zapomnieć o swojej porażce i o Jacku. Najgorsze miało nadejść.

---

Zauważył, że dziewczyna postanowiła opuścić umówione miejsce, gdyż nie doczekała się na swoją randkę. Spojrzał na złotego Roleta i wstał niby od niechcenia. Widział, że Magda zmierza wolnym krokiem w stronę wyjścia i przystanku. Był prawie pewien, że zmierza do wyjścia od ulicy Ingardena. Tam zresztą zaparkował swojego służbowego, czarnego Range Rovera na warszawskich tablicach rejestracyjnych. Ruszył w przeciwnym kierunku, wiedział jednak, że zdąży ją wyprzedzić. Tak też się stało.

Widział ją skręcającą w stronę wejścia, które sobie założył. Wsiadł szybko do swojego samochodu i zaparkował go dokładnie naprzeciwko wyjścia z parku. Przesiadł się na tylnie siedzenie. Czekał.

---

Pojawiła się w bramie może minutę po nim. Zobaczyła duży czarny samochód zaparkowany przed sobą. Chciała go ominąć. Zabrakło jej czasu.

Wszystko trwało chwilę. Otwierające się drzwi. Silny mężczyzna wciągający ją do środka samochodu. Nawet nie zareagowała. Nawet nie krzyknęła. Nikogo nie było w okolicy.
  • Witaj! – odezwał się mężczyzna.
  • Kim jesteś!? Czego ode mnie chcesz!? Wypuść mnie! – zaczęła krzyczeć Magda.
  • Jestem Jacek, to ze mną się umówiłaś. Wieczór nie jest jeszcze stracony. Teraz dopiero się poznamy – powiedział bez żadnych emocji mężczyzna kneblując usta dziewczynie i zakładając jej czarną opaskę na oczy.
  • Mmmmm… - próbowała coś wyartykułować Magda.
  • A teraz leż spokojnie! Zresztą i tak nikt cię nie usłyszy – rzucił, po czym dyskretnie przesiadł się za kierownicę i odjechał.
---

Jacek Deresz, czterdziesto cztero letni prawnik z wykształcenia, na co dzień prezes jednego z krakowskich przedsiębiorstw. Oddany mąż i ojciec dwójki nastoletnich dzieci skrywał przed światem prawdę o sobie i swoim zwyrodnieniu. Do tej pory wszystko mu się udawało. Nauczył się zresztą świetnie zacierać ślady i obserwować swoje ofiary. Tego wieczoru zapomniał o jednej ze swoich złotych zasad. „Gdy obserwujesz, bacz na to czy sam nie jesteś obserwowany”. Miał stoczyć walkę, na którą nie był przygotowany.

---

Po kilkunastu minutach jazdy zatrzymał się przed jednym z ekskluzywnych osiedli wybudowanych przy ulicy Królowej Jadwigi. Po naciśnięciu odpowiedniego guzika na pilocie, brama powoli się otworzyła. Wjechał na teren osiedla i skierował się w stronę garażu, gdzie zaparkował swój samochód. Nie zainteresował się nawet skrępowaną dziewczyną, która leżała na tylnej kanapie. Nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Zatrzymał się tutaj tylko po to, aby poczekać do zmroku. Spokojnym krokiem udał się do jednego z mieszkań, którego właścicielem było jego przedsiębiorstwo, a które służyło czasami do nieoficjalnych spotkań biznesowych z klientami. Chciał odpocząć.

---

Od momentu, gdy pojawił się w parku nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest obserwowany. Jego cieniem był On. Doprowadziło go do niego, to nieznośne uczucie, które sparaliżowało go w pracy. Postrzegał je jako dar. Jednak ten dar bywał nieznośny i pojawiał się niezbyt sprzyjających sytuacjach lub miejscach. Nie miał na to wpływu i nigdy go nie ignorował. Teraz znajdował się na ogrodzonym terenie osiedla i obserwował okolicę. Wiedział, że dziewczynie w tym momencie nic nie grozi, a on musi uzbroić się w cierpliwość i czekać. Zatopił się w myślach.

---

Od jakiegoś już czasu na niebie królował Księżyc i podlegające mu gwiazdy, gdy nagle podniosły się drzwi od garażu i wyjechał z nich czarny Range Rover. Oczekiwanie dobiegło końca.

---

Jacek wyjechał poza obszar osiedla i skręcił w stronę krakowskiego ZOO. Okolice Lasku Wolskiego nadawały się doskonale na spędzenie dzisiejszego wieczoru. Droga była pusta, więc bez problemu dotarł pod bramę ogrodu zoologicznego. Rozejrzał się uważnie i skręcił w jedną z bocznych ścieżek parkując swój samochód. Czarny lakier i brak światła doskonale go maskował.

Wysiadł z samochodu i powolnym krokiem udał się do tyłu, aby otworzyć tylne drzwi. Gdy to uczynił zobaczył błagający o litość wzrok nastolatki. To go tylko podniecało.
  • Teraz się zabawimy! – wyszeptał jej do ucha – Cieszysz się?
  • Mmmmmmm… - próbowała coś powiedzieć Magda. Jej głos pozostawał jednak mało słyszalny.
  • Nie bój się! To nie będzie bolało. Spodoba ci się! – przekonywał ją ze sprośnym uśmiechem nie schodzącym z twarzy – To do dzieła – powiedział obracając ją na brzuch i sprawdzając czy ręce dziewczyny są odpowiednio związane. Gdy już był pewien, że żaden opór ze strony Magdy nie będzie możliwy odwrócił ją spowrotem na plecy. Jego chciwe z pożądania łapy przymierzały się do tego, aby zerwać z dziewczyny jej bluzeczkę, gdy nastąpiło coś, czego się nie spodziewał.
---

Pojawił się znikąd. Pomimo tego, że stał może 20 centymetrów za plecami niedoszłego gwałciciela, ten nawet nie zauważył jego obecności. Jego świadomość wróciła dopiero, gdy prawa dłoń nieznajomego spadła na lewe ramię mężczyzny i z niewyobrażalną siła spowodowała, że ten aż klęknął na obydwóch kolanach. Widząc to dziewczyna, nie zastanawiając się długo, obdarowała swojego prześladowcę soczystym kopniakiem w sam środek twarzy. Pomimo, że nie mogła się poruszyć, poczuła się odrobinę lepiej.
  • Auuuu! Ty… - nie dokończył zdania i zawyła przerażliwie nie wiedząc, co sprawiało większy ból, kopniak dziewczyny, czy ponadludzka siła próbująca wgnieść do w podłoże.
  • Wstawaj i odwróć się! – zakomunikował przybysz lodowatym głosem oniemiałemu z zaskoczenia Jackowi.
  • Kim, kurwa, jesteś!? – wrzasnął przerażony mężczyzna odwracając się z trudem.
  • Po tak kulturalnym człowieku spodziewałbym się nieco większej ogłady. – zadrwił równie chłodno jak poprzednio nieznajomy przeszywając mężczyznę wzrokiem. Widział pojawiający się strach i przerażenie. I słusznie. Teraz ja popatrzę jak się boisz – pomyślał – dla takich jak on nie znał litości.
  • Czego chcesz? Co ze mną zrobisz? Chcesz pieniędzy? Zapłacę! Ile!? – pytał mężczyzna omalże nie wpadając w słowotok. Nie lubił, gdy ktoś tyle mówił. Kochał ciszę.
  • Czego chcę? – powtórzył pytanie - Oddać światu sprawiedliwość i oczyścić go z takich degeneratów jak ty. – stwierdził spokojnie.
  • Ja mam rodzinę! Mam żonę, dzieci! – wycedził, łkając rzewnie Jacek.
  • Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej, zanim zacząłeś prowadzić drugie życie. – powiedział niebieskooki. Czas przyjacielskiej pogawędki właśnie minął.

Wprawnym chwytem złapał mężczyznę pod szyję i poderwał w górę. Jacek próbował krzyknąć jednak z przerażeniem stwierdził, że nie jest w stanie wydobyć głosu. Chwyt wampira uniemożliwiał mu to. Wylądowali w miejscu gdzie normalnie przechadzają się krakowskie lwy. Mężczyzna drżał. W oczach nieznajomego nie było widać ani śladu emocji. Jego ruchy były szybkie i bezwzględne. Świat widziany oczyma Jacka pokrył się nagła mgłą. Czuł. Tylko czuł. Nie był w stanie się poruszyć.

Nie zamierzał go oszczędzić. Dla takich jak on nie miał litości. W momencie pozbawił go możliwości poruszania się, jednak nie pozwolił na zaburzenia w funkcjonowaniu części układu nerwowego odpowiedzialnego za odbieranie bodżców zewnętrznych. Chciał żeby i on poczuł się jak jego ofiary. Działał bez skrupułów i litości. Śpiące do tej pory lwy nagle się ożywiły. Zniknął.

---

Po chwili pojawił się przy opuszczonym Range Roverze. Związana dziewczyna patrzyła na niego z przerażeniem.
  • Nie bój się, już po wszystkim. – powiedział delikatnym głosem patrząc jej głęboko w oczy – Możesz spokojnie wrócić do domu.
  • Dobrze – odpowiedziała czując ogarniający ją spokój.
  • Wsiądż do tej czerwonej taksówki – powiedział wskazując na zaparkowany w pobliżu czerwony samochód – Kierowca odwiezie cię do domu – mówił kładąc jej rękę na czole. Przez ciało dziewczyny przebiegł dreszcz. Nie powiedziała nic, poddała mu się. Czuła, że się uspokaja. – Teraz możesz już iść. Kierowca na ciebie czeka.
  • Ale… - zaczęła odwracając się w Jego stronę. Nie było tam nikogo. Na miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się nieznajomy pozostał tylko bukiet polnych kwiatów. Magda posłusznie poddała się Jego poleceniom.
---

Zniknął. Miał nadzieję, że ta nastolatka wyciągnie wnioski z dzisiejszej lekcji. Chciał zatopić się w swoich myślach. Nadeszła pora żeby pomyśleć również o sobie. Nie wiedział jeszcze, że nie będzie to takie łatwe.

Rozdział II - Nowy dzień

Rozdział II
Nowy dzień


Ze snu wyrwał go złowrogi dźwięk budzika, ten sam, co zawsze i jedyny, z którym nie był w stanie walczyć. Powoli zwlókł się z wygrzanego łóżka i udał się do łazienki. W między czasie odruchowo włączył radio i znieruchomiał.

Nad ranem w centrum Krakowa znaleziono ciała dwóch mężczyzn w wieku 16 i 25 lat – beznamiętnie wypowiadał słowa czytane z kartki kobiecy głos – ciała nie noszą śladów pobicia, ciosów zadawanych ostrym narzędziem bądź ran postrzałowych – kontynuował głos – policja nie wyklucza jednak morderstwa. Nie słuchał dalej. Ani słowa o walkach kibiców lub porachunkach mafijnych – pomyślał z rozczarowaniem. Czyżby nie zauważyli śladów na szyi? Być może nie podali tego do publicznej wiadomości, żeby niepotrzebnie nie wywoływać paniki – zreflektował się natychmiast. Ci, którzy powinni się bać i tak o nim usłyszą – uśmiechając się do swoich myśli otworzył drzwi łazienki i zrzucił z siebie piżamę.

---

O 4:47 znajdując się w półśnie starszy sierżant Michał Malinka pełniący dyżur w komisariacie policji na krakowskim Rynku odebrał zgłoszenie od jednego ze swoich ludzi.
  • Szefie! Na Poselskiej znaleźliśmy dwóch nieboszczyków! Myślę, że powinien pan to zobaczyć! – meldował młodszy posterunkowy Jacek Pokrzywa w czasie gdy jego partner młodszy posterunkowy Adam Wrzos przyglądał się zwłokom.
  • Nie możecie sami się tym zająć? – zapytał ospale Malinka.
  • Możemy, jednak ci dwaj nie wyglądają na zwykłe trupy. Lepiej, żeby pan to sam zobaczył zanim przyjadą tutaj kryminalni – nie poddawał się Pokrzywa.
  • Dobra Pokrzywa! Nie ruszajcie mi się stamtąd. Będę za pięć minut. – odparł narzucając na siebie kurtkę i udając w stronę zaparkowanego na zewnątrz komisariatu radiowozu.
Ze względu na wczesną porę Malinka zrezygnował z włączenia syreny, ograniczył się jedynie do zastosowania sygnalizacji świetlnej włączając koguta. Niespiesznie wjechał w Grodzką, przejechał przez Plac Wszystkich Świętych i przed arkadami skręcił w prawo w Poselską gdzie zauważył swoich podwładnych krzątających się przy murze. Zaparkował przy chodniku wyłączywszy najpierw niebiesko-czerwoną sygnalizację żeby nie przyciągać potencjalnych gapiów, którzy o tak wczesnej porze też mogli się pojawić.
  • Co też takiego interesującego jest w tych trupach, że zmusiło was do ściągania mnie tutaj w taki mróz? – zapytał chłodno.
  • To szefie! – odpowiedział Pokrzywa pokazując na ślad na szyi obwieszonego łańcuchami. Drugi ma to samo!
  • O kurwa! – zaklął szpetnie Malinka – myślałem, że takie rzeczy to tylko na filmach można zobaczyć. Trzeba będzie to zgłosić przełożonym, a teraz zawiadomcie, kogo trzeba.
  • Powiadomieni szefie! – wykrzyknął Wrzos.
  • Świetnie! Poczekajcie tutaj na nich i sprawdźcie czy nie maja przy sobie dokumentów? Jak skończycie chcę was widzieć u siebie – powiedział udając się w stronę zaparkowanego samochodu, którym przyjechał.
  • Tak jest szefie! – wyrzucili z siebie obydwaj.
Cholera! Co się tutaj stało? Dwa trupy. Wygląda na to, że nic nie zginęło. Będę musiał poczekać na raport od chłopaków – pomyślał odjeżdżając w stronę ciepłego komisariatu.

---

Dopił poranną herbatę. Skończył nacierać twarz i dłonie specjalnym kremem z filtrem. Co prawda świetnie przystosował się do życia w dzień, jednak jego skóra była zdecydowanie bardziej wrażliwa od skóry przeciętnego człowieka. Nie chciał ryzykować niepotrzebnego oparzenia. Picie herbaty też było bardziej wymuszone niż było związane z konkretnymi procesami życiowymi. Przyzwyczaił się jednak do tego poranne rytuału i nawet od jakiegoś czasu zaczął wyczuwać jej smak.

Zabrał swojego laptopa i identyfikator będący jednocześnie kartą wstępu do firmy, w której pracował i zszedł do garażu. Nacisnął guzik na pilocie zwalniając blokadę centralnego zamka. Otworzył drzwi i usiadł wygodnie z kierownicą swojego srebrnego Saaba 9-3 Convertible w wersji Aero. Ta 250-cio konna bestia zapewniała zupełną swobodę w poruszaniu się po drogach, co w połączeniu z wygodą wnętrza oraz piękną linia nadwozia stanowiło idealną całość. Łudził się ponadto, że może taki gustowny kabriolet przyciągnie do niego przedstawicielki płci pięknej. Teraz wydawało się nie mieć to dla niego znaczenia. Pochłaniała go nieustanna myśl o Niej. Od bardzo dawna nie towarzyszyły mu tak silne uczucia. Każde zamienione z Nią słowo dodawało mu sił, każda chwila rozstania wywoływała pustkę i przygnębienie. Nie dowiedział się jeszcze czy Ona odwzajemnia jego uczucia. Miał problemy z dosłownym ich wyrażeniem. Bał się odrzucenia.

W zatrudniającej go firmie musiano wiele spekulować na temat jego osoby. Skąd ten młody chłopak, będący zwykłym pracownikiem z kilkuletnim zaledwie stażem bierze pieniądze na utrzymanie pięknego domu i luksusowego samochodu? Nikt nie widział, żeby ich kolega wygrał w „Totka”, chociaż widywano go, gdy kupował los. Nie interesowało go to. Zresztą nikt nigdy go o to nie pytał, a on nie uważał za konieczne opowiadanie o tym. Nie zwykł zbytnio afiszować się ze swoim bogactwem, aczkolwiek od czasu do czasu pozwalał sobie na odrobinę luksusu nie wykraczając poza granice dobrego smaku i zdrowego rozsądku. Nacisnąwszy odpowiednią kombinację klawiszy na drugim pilocie spowodował otwarcie się bramy garażowej. Poranek był piękny. Może złożę dach – zapytał się swoich myśli – tak też zrobię – odpowiedziały. Ruszył. Czekało go ok. 20 minut drogi. W głośnikach rozbrzmiewały rockowe takty płynące z krakowskiej częstotliwości 100,5 FM.
---

Była prawie 6:30, gdy Pokrzywa z Wrzosem dotarli na posterunek. Malinka nie ciekawszy nawet sekundy wypalił w ich stronę.
  • I co tam macie? Meldować!
  • Dwa trupy – starał się zdobyć na żart Wrzos.
  • To już wiem Wrzos! Nie róbcie ze mnie durnia! Pytam o pozostałe fakty! – gniewnie zareagował Malinka, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie ma ochoty na jakiekolwiek żarty.
  • Z dokumentów, które mieli przy sobie wynika, że ten starszy, z pewnością ten z łańcuchami, to Dariusz Tomel, lat 25, zamieszkały na os. Dywizjonu 303. Ten drugi – kontynuował spokojnie Pokrzywa – to niejaki Konrad Mącek, lat 16, zamieszkały na os. Oświecenia, uczeń Gimnazjum nr 39.
  • Wrzos sprawdź ich natychmiast w rejestrze – wydał polecenie Malinka – Wiemy coś jeszcze?
  • Tak – odparł Pokrzywa – Ze wstępnych ustaleń wynika, że obydwaj znalezienie nie zostali obrabowani. Nie zginęła żadnych z ich rzeczy osobistych. Dokumenty i pieniądze nie nosiły śladów zetknięcia z osobą trzecią. Zatem możemy chyba swobodnie wykluczyć motyw rabunkowy – dedukował Pokrzywa.
  • To co? Sami się zabili? I skąd te przeklęte ślady na szyjach? – denerwował się Malinka, nie mogąc znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na swoje pytania.
  • Szefie mam coś – wykrzyknął Wrzos.
  • Mów – padło beznamiętnie z ust Malinki.
  • Starszy z odnalezionych – rozpoczął spokojnie Wrzos – miał na swoim koncie kilka włamań do samochodów w rejonie swojego zamieszkania. Do tego doszło kilka zatrzymań w wyniku udziału w osiedlowych bójkach oraz kilka napadów i wymuszeń, głównie na swoich rówieśnikach z nowohuckich i. Na zakończenie kilka nieistotnych upomnień za zakłócanie ciszy nocnej. To wszystko od 15 roku życia – zakończył Wrzos.
  • Biedaczek chciał wypłynąć na szerokie wody, a tutaj taki pech – zakpił Pokrzywa.
  • Panowie! Bądźcie poważni – zagrzmiał Malinka. Co wiemy o tym drugim?
  • Drugi nie miał jeszcze szansy się wykazać i zapisać czymś szczególnym w naszych kartotekach. Jedyny wpis związany z jego osobą pochodzi sprzed miesiąca i dotyczy zakłócania ciszy nocnej. Miał to chyba być jego chrzest bojowy? – pytająco, podsumował Wrzos.
  • Wygląda, zatem jakby ktoś nas wyręczał w robocie – zdobył się na refleksję Malinka - Dobra robota! Spiszcie mi to teraz w raportach, a ja zabieram się za swój. Tylko odnotować wyraźnie, że o tych śladach na szyi to „do użytku wewnętrznego”, bo jak się dziennikarze dowiedzą to zrobi się niepotrzebna sensacja – zalecił Malinka.
  • Szefie? – zapytał Pokrzywa.
  • Tak?
  • Bo mnie to wygląda jakbyśmy w Krakowie mieli jakiegoś Batmana – wycedził nieśmiało Pokrzywa – On też pomagał słabszym przy świetle księżyca.
  • Czy ty do końca zwariowałeś? – uniósł się Malinka – Zabierz się lepiej za pisanie tego raportu i nie umieszczaj tam przypadkiem swoich wynurzeń.
  • Przepraszam szefie! – odparł skruszony. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy jak trafnie ocenił sytuację. Odniósł wrażenie, że jego szef też był tego świadomy. Nie mylił się. Malinka też podejrzewał coś niezwykłego.
---

Dzień w pracy był pozbawiony jakichkolwiek spektakularnych i godnych odnotowania wydarzeń. Ktoś przy kawie ekscytował się porannymi doniesieniami o znalezieniu dwóch ciał w centrum Krakowa. Od razu pojawiły się spekulacje o waśniach między kibicami, o gangsterskich porachunkach czy naruszeniu terenu dystrybucji narkotyków. Nie wdawał się nigdy w takie dyskusje. Słuchał ich raczej z politowaniem, chociaż gdzieś w głębi podziwiał wszystkich, którzy toczyli zażarte polemiczne spory nie mając najmniejszego pojęcia, o czym w danym momencie mówią. Każdy z rozmówców starał się udowodnić innym, że jego informacje pochodzą z najpewniejszego źródła, a przedstawiane argumenty niepodważalne. Ot, taka ludzka słabość połączona z chęcią stałej dominacji.

Usiadł spowrotem przy swoim biurku. Zaczął wystukiwać kolejne znaki na klawiaturze komputera stanowiącego główne narzędzie jego pracy. Niespodziewanie pojawiło się znowu. To uczucie, którego pochodzenia nie potrafił sobie wytłumaczyć. Musiał je nabyć w chwili, gdy przestał być człowiekiem. Nie lubił, gdy zdarzało się to w czasie pracy. Praktycznie nieruchomiał na kilka sekund i nie odbierał żadnych bodźców ze świata zewnętrznego. Jego wnętrze wypełniał chłód. Miał wrażenie, jakby ktoś umyślnie wlewał mu do gardła ciekły azot. Wiedział, że i tej nocy nie będzie długo spał.

Wstał. Po takim napadzie musiał się poruszać. Wyszedł na korytarz. Z przeciwka szła Ona.

wtorek, 16 października 2007

Rozdział I - Noc jedna z wielu

Rozdział I
Noc jedna z wielu

Był środek tygodnia, wtorek lub środa। To już dawno straciło dla niego znaczenie, dlatego nie przywiązywał do tego żadnej wagi. Daty są dobre dla kronikarzy, a on do tego typu nie należał. Pamiętał o najważniejszych wydarzeniach z życia najbliższych, jednak robił to, bo narzuciła mu to tradycja, w której przyszło mu obecnie żyć. Ponadto nie chciał zdradzić swojego prawdziwego „ja”. Jego życiem kierował zupełnie inny zegar, cel i żądza.

---

Wieczór ponownie był chłodny, pomimo, że cały dzień wydawało się, że wiosna już na dobre zagościła w Krakowie. Na bezchmurnym niebie królował księżyc, majestatycznie odbijając padające na niego słoneczne promienie. Zbliżała się pełnia.

---

Przycupnął na zamkowym murze od strony ulicy Podzamcze. Wprawnie schował się przed wścibskim okiem wawelskich strażników jednocześnie zapewnił sobie doskonałe miejsce do obserwacji kawałka Plant ciągnącego się od Franciszkańskiej do Wawelu. Nocą dochodziło tam do przeróżnych zdarzeń. Dzisiejszy wieczór zaplanował właśnie tutaj.

Od połowy lat dziewięćdziesiątych musiał udoskonalić technikę maskowania. To wszystko przez wszechobecne oświetlenie wawelskiego wzgórza. Doskonały pomysł władz miasta skierowany w stronę turystów oraz mieszkańców, jednak dla niego stanowił dodatkowe utrudnienie. Był jednak świetnie przygotowany do radzenia sobie w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. W końcu nie od dzisiaj się tym zajmował. Jego atutem było bezszelestne poruszanie się i brak cienia. Jednak chwila nieostrożności nie jednego już zgubiła. Nie miał zamiaru stać się jednym z nich.

Czas mijał powoli. Ruch na ulicy był niewielki. Przed momentem przed jego oczami przetoczyła się wesoła grupka młodzieży, która najwyraźniej wypiła więcej niż jednego „browara”. Kątem oka dostrzegł drzewo i gzyms vis-a-vis wylotu ulicy Straszewskiego. Właśnie tam siedział z Nią. Z Tą, która zawładnęła jego myślami i stała się odskocznią od szarości dnia i piekła nocy, piekła, które w każdej chwili mogło się rozpętać. Można powiedzieć, że w pewnych kręgach nie był lubiany i czyhano na jego potknięcie, aby je wykorzystać. Dobrze, że jeszcze nie dowiedzieli się o jego słabości. Gdy kochał to szczerze i namiętnie. Mogło go to zgubić, w tym, co robił. Bał się.

Z zamyślenia wyrwał go nagły kobiecy głos. Oddawaj to! Puść mnie! Pom… – dobiegło z oddali zakłócając ciszę nocy. Lubił ciszę. Wiedział również, że w Krakowie dochodzi dziennie do kilku rozbojów dziennie, a liczba interwencji policji przekracza tysiąc. Jednak, jak duża jest liczba napadów czy drobnych rozbojów, które nie są zgłaszane policji, która w tym momencie traci możliwość ścigania przestępców? Tego nie wiedział, nie myślał o tym, działał. Zwiększenie liczby pieszych patroli spowodowało poprawę bezpieczeństwa jednak tylko zdecydowane działania będą w stanie wyeliminować to zjawisko. Resocjalizacja skrajnych przypadków również wydaje się mijać z celem. Nie zwykł pudłować.

Zareagował natychmiast. Zbliżając się do miejsca zdarzenia dostrzegł młodą dziewczynę ciężko podnoszącą się z asfaltu. Miała rozerwany rękaw bluzki i wielkiego siniaka na prawym kolanie, będącego efektem szarpaniny z trzema osiłkami oraz późniejszego spotkania z podłożem. Za moment się nią zajmę – pomyślał skręcając w ulicę Poselską gdzie skręcili uciekający „siłacze”. Jak nie trudno się było domyślać bohaterowie ostatniej akcji okazali się przedstawicielami grupy społecznej uznającej strój sportowy za strój codziennego użytku, a w niektórych przypadkach nawet za kreację wieczorową. Nie potrafił sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie lubił tych ludzi? Przecież gdyby nie oni musiałby trochę bardziej się napracować, aby zaspokoić swój głód. Może miało to związek z muzyką, z którą kojarzeni są miłośnicy strojów sportowych, a za którą on nie przepadał. Być może czynnikiem kluczowym było zainteresowanie oraz otaczanie wielką czcią i kultem przez „sportowców” niemieckiej myśli motoryzacyjnej, której on również nie był zagorzałym fanem. Nie zastanawiało go to nigdy, a już na pewno nie w tej chwili.

Jego pojawienie się wywołało całkowite zaskoczenie wśród trenującej do maratonu trójką młodzieńców efektem, czego była utrata równowagi spowodowana nagłą przeszkodą niemożliwą do pokonania. Oni jeszcze nie wiedzieli, co ich spotkało.

Pierwszy wyglądający na totalnego półgłówka i sługusa nie miał więcej niż 16 lat. Brak górnej jedynki wskazywał, że mimo tak młodego wieku biedaczek nie pierwszy raz wpakował się w kłopoty. Ostatni raz – pomyślał beznamiętnie. Drugi, chyba lider całej trójki, w wieku 25-26 lat z tanią imitacją złotego łańcucha na szyi, obwieszony równie tandetnymi wyrobami złoto-podobnymi na obydwóch nadgarstkach oraz z lekkim rumieńcem po nazbyt długim naświetlaniu w solarium trzymał w prawej ręce damska torebkę. Torebkę, która kłóciła się z jego strojem i najpewniej nie należała do niego. Pewnie chciał zrobić prezent swojej dziewczynie? Nie dowiem się tego ja, ani ona. Trzeci całkiem łysy i chyba całkiem przypadkiem znalazł się w tej sytuacji z kolegami, którzy musieli mu obiecać łatwy pieniądz na pokrycie części kosztów związanych z organizacją balangi z okazji osiągnięcia wieku pełnoletniości. Ciekawe czy on też dostałby zaproszenie?
  • Co jest kurwa!? – ryknął ten mocno opalony próbując wstać jako pierwszy, jednak jego nadgarstek przeszył nagły i przenikliwy ból uniemożliwiający podparcie się.
  • Wypierdalaj! – dorzucił sługus w przypływie męskości chcąc zaimponować swoim towarzyszom niedoli.
Trzeci leżał dalej całkowicie sparaliżowany strachem. Ciekawe, dlaczego zawsze ktoś się boi? To z pewnością przez oczy – przebiegło mu przez myśl i obiecał sobie, że powróci do tego pytania. Miał teraz ważniejsze sprawy na głowie i mało czasu. Dodatkowo z ziemi dobiegło ponownie.
  • Złaź z mojej ręki kutasie! Zaraz urządzę cię tak jak ci się nie śniło! „Młody”! Na co czekasz? Dawaj kosę! – rzucił do swojego sługusa.
Nie zareagował w ogóle na jego słowa, chociaż jego ręka w pierwszym momencie zamierzała wykonać jakiś ruch.
  • Masz coś, co nie należy do ciebie, ani do mnie. Pojawiłem się, aby zwrócić to prawowitej właścicielce – odpowiedział zimnym i nieznoszącym sprzeciwu głosem w stronę przydeptanego opryszka.
  • Pierdol się! Co jest!? Jakiegoś Batmana zgrywasz inteligenciku? – wybeczał plażowicz.
  • Uwierz mi, że chciałbyś teraz spotkać Batmana – odparł odrzucając torebkę na przylegający do chodnika trawnik.
  • Oddawaj torebkę chuju! – nie tracił rezonu miłośnik złota.
Nie tracąc chwili wprawnym ruchem poderwał z ziemi opalonego i jego sługusa. Jego siła i sprawność zrobiła piorunujące wrażenie na obydwóch rabusiach. W ich oczach pojawiło się przerażenie i żaden z nich nie śmiał pisnąć ani słowa. Wiedzieli, że nie spotkali się z ludzką siłą. Resztki umysłu zdolne jeszcze do jakiegokolwiek logicznego rozumowania podpowiedziały im, że jego twarz może być ostatnią, jaką przyjdzie im zobaczyć. Nie mylili się. Ostre jak brzytwy siekacze zadały niewyobrażalny ból złotnikowi. Niech umiera powoli - tak zadecydował, zadbał jednak o to, aby doszło do przemiany. Zatrzymany nie stanowił zachęcającego w jakikolwiek sposób materiału na wampira. Sługus zginał od razu. Ugryzienie połączone było z taką siła, że kręgi szyjne oniemiałego młodzieńca nie były w stanie go wytrzymać. Otarł usta atłasową chusteczka i ułożył złapanych pod murem. Zanim ktokolwiek rozpozna w nich zmarłych minie sporo czasu. Odwrócił się, aby zabrać porzuconą torebkę i spostrzegł, że trzeci z opryszków zniknął bez śladu.
  • Cholera! – zaklął w myślach – Pewni przeczytam jutro o sobie w prasie! To może zwiastować kłopoty.
Wziął torebkę i za moment pojawił się tuż za blondynką w wieku 21-22 lat, która dalej znajdowała się w szoku po tym, co się stało.
  • To chyba należy do pani? – zapytał delikatnym głosem aby jej dodatkowo nie wystraszyć.
  • Taaaak – odparła drżącym głosem wyciągając rękę po torebkę.
  • Proszę się nie bać i nie ruszać przez chwilę – powiedział spokojnie i przyłożył swoją prawą dłoń do stłuczonego kolana. Chłód jego dłoni wywołał lekkie drżenie u dziewczyny, jednak nie poruszyła się spełniając jego życzenie.
  • A teraz, proszę udać się jak najszybciej do domu. Opłacona taksówka już na panią czeka. – powiedział wskazując na zaparkowany niedaleko czerwony samochód.
  • Dziękuję – odpowiedziała. On jej już nie usłyszał. Zniknął tak samo niespodziewanie jak niespodziewanie się pojawił. Na miejscu, w którym stał został niewielki bukiecik z polnych kwiatów.
Czas udać się na spoczynek – pomyślał pojawiając się w holu swojej posiadłości za miastem. Jutro, właściwie to dzisiaj, trzeba wstać do pracy, a ja znowu będę miał przekrwione oczy. Jeszcze ktoś pomyśli, że jestem wampirem – pozwolił sobie na mało wysublimowaną refleksję. Nie mógł jednak zasnąć. Spokoju nie dawał mu trzeci z powstrzymanych dzisiejszego wieczoru rabusiów. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z konsekwencji swojej nieuwagi. Wiedział jednak, że będzie na nie przygotowany. Pomyślał o Niej.