Początek
„Było nas trzech w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Za kilka lat mieć u stóp cały świat, wszystkiego w bród” przez jego myśli przebiegły nagle słowa rockowego standardu. Pogrążył się w jeszcze większej zadumie. Potrzebował odpoczynku. Kilka poprzednich nocy nie należało do najłatwiejszych. Przywyknął do tego, jednak i on nie był maszyną. Potrzebował odpoczynku.
---
Wtorkowy, majowy, poranek nie zapowiadał niczego niezwykłego w życiu lekko zbuntowanego piętnastolatka. Nauka w ósmej klasie szkoły podstawowej zbliżała się do ostatniej prostej, a na jej końcu czekał pierwszy poważny życiowy wyścig, czyli egzaminy do wymarzonego liceum. Piękna pogoda tylko przeszkadzała w ostatnich przygotowaniach oraz ostatnich akordach nauki i próbach poprawienia i tak nienajgorszej średniej. W ostatecznym rozrachunku wszystko może się liczyć, a nie ma nic gorszego, niż jednopunktowe niepowodzenie.
Z zapatrzenia wyrwało go lekkie uderzenie w plecy.
- Co tak się zapatrzyłeś!? Co słychać!? – wykrzyczał jeden z klasowych kolegów, za którym niezbyt przepadał.
- Przyglądam się tym samochodom. Niecodzienny widok, prawda?
- No! Fajne furki – odparł jak zawsze pozbawionym głębi i wyczucia tonem nieznośny przybysz – Pewnie jacyś mafiozi albo inni dziwkarze – dorzucił celnie.
- Pewnie tak – rzucił mimowolnie nie chcąc niepotrzebnie przedłużać tego dialogu. Przepaść intelektualna była jednak zbyt duża i zaczynała go męczyć. – Chodźmy do szatni – zaproponował.
- Dobra. Ja i tak skoczę jeszcze na szluga. Idziesz?
- Nie dziękuję. – odpowiedział i ruszył w stronę wejścia do szatni.
Korytarze wrzały od plotek i spekulacji na temat właścicieli oraz podróżnych lśniących w porannym słońcu samochodów, które cały czas stały beznamiętnie zaparkowane na szkolnym parkingu. Jedni sugerowali, że to limuzyny rządowe. Szybko jednak obalono tą teorię, gdyż tablice rejestracyjne nie sugerowały pojazdów używanych, na co dzień przez przedstawicieli władzy państwowej. Dodatkowo gdyby ktoś ważny miał się zjawić w progach szkoły, na pewno było by spore zamieszanie wywołane przez ekipy telewizyjne chcące pokazać integracje władzy rządzącej z dorastająca młodzieżą.
Inna wersja wskazywała na inwestorów, którzy chcieli pomóc szkole w remoncie i ewentualnej rozbudowie, w tym, między innymi w budowie nowej hali sportowej i boiska. Jednak i ta koncepcja została szybko zdyskredytowana, a jej autor wyśmiany. Gdyby taka wizyta miała miejsce, dyrekcja szkolnej placówki już od dawna poinformowałaby o tym cały szkolny świat. Nic takiego nie miało miejsca, jak również nikt z potencjalnych darczyńców nie przechadzał się po szkolnych korytarzach. Dodatkowego smaczku dodawał również fakt, że nawet szacowna dyrekcja i grono pedagogiczne zastanawiało się, do kogo należą zaparkowane przed oknami pojazdy i kim są cie niespodziewani goście.
Jeszcze jedna próba rozwikłania zagadki wskazywała na kogoś bardzo bogatego, kto chciał zapisać swoją pociechę akurat do tej placówki edukacyjnej. Jednak ten pomysł został obalony tak szybko, jak szybko się pojawił, bo przecież nikt z władz szkoły nie wiedział, kim są tajemniczy goście.
Wszyscy spekulowali. Wszyscy byli ciekawi. Wszyscy chcieli wiedzieć. Nikt jednak nie zbliżał się do pojazdów, a te stały cały czas nieruchomo. Nikt nie widział, aby ktoś z nich wysiadał lub do nich wsiadał. Nikt nie wiedział, że nigdy się nie dowie. Nikt nie wiedział, że każdy zapomni o czarnych BMW zaparkowanych przed szkolnym budynkiem. Nikt nie mógł się dowiedzieć poza nimi.
---
Wybrali ich w sposób wydawałoby się przypadkowy. To, co mogło ich razem wiązać i wiązało to wspólny udział w szkolnych aktywnościach sportowych, a w szczególności występy w szkolnej reprezentacji siatkówki. Tworzyli efektywne, zgrane i efektowne trio. Gdy mieli swój dzień mało, kto był w stanie ich zatrzymać. Poza boiskiem trzymali się razem, ale nigdy całą trójką.
Najmłodszy z nich, kolega ze szkolnej ławki. Inteligentny i bystry. Zawsze posiadał obszerną wiedzę z zakresu literatury i języka polskiego. Nie przeszkadzało mu to jednak w byciu w czołówce uczniów określanych jako bardziej zainteresowanych naukami ścisłymi. W przeszłości mieli między sobą kilka nieporozumień, jednak wraz z wiekiem wszystko odeszło w niepamięć i pozostało w sferze anegdotycznych opowieści z czasów dziecięcych. Przecież teraz byli prawie dorośli.
Drugi z nich, laureat dwóch olimpiad, człowiek niezwykle zdolny i utalentowany, potrzebujący ciągłej dominacji, a jednocześnie zawsze działający zgodnie z zasadami i w dobrej wierze. Budził zawsze zachwyt dla różnorodności swoich zainteresowań oraz obszernej wiedzy na każdy temat. Zdolność i przenikliwość argumentacji zawsze wzbudzała podziw. Stanowił przykład dla wielu, poniekąd również dla niego. On był jednak zawsze sobą.
Był sobą. Bardzo często określano go mianem zdolny, ale leniwy. Wykazywał naturalny talent do wszelakich dyscyplin sportowych. W szczególności cechowała go mądrość i zdolność współpracy tak bardzo potrzebna w grach zespołowych. Nigdy nie był ich gwiazdą, ale zawsze był bezcennym ogniwem, które spajało wszystkie tryby pozwalając wydajnie i skutecznie funkcjonować maszynerii tworzącej zespół. Wśród rówieśników zawsze należał do tych lepszych. Nigdy jednak nie wybił się jakoś szczególnie. To jednak miało się już wkrótce zmienić. Nie był świadomy przełomu, który miał się wkrótce wydarzyć.
Po pięciu godzinach lekcyjnych i zjedzonym obiedzie w szkolnej stołówce wyszedł z szatni udając się w stronę domu. Kilkadziesiąt metrów za szkolna bramą, zupełnie niespodziewanie, zza pleców usłyszał kobiecy głos.
- Przepraszam. Czy mógłbyś się zatrzymać? Chciałabym z tobą porozmawiać – odezwała się miłym i spokojnym głosem.
- Kim... – rozpoczął pytanie odwracając się jednak nagle oniemiał. Odwróciwszy się zobaczył przed sobą młodą, mająca ok. 22-24 lat, nienagannie ubraną kobietę. Jej obcisła bluzeczka oraz krótka spódniczka nie pozwoliła w pierwszym momencie dokończyć pytania. Żaden inny piętnastolatek nie zareagowałby inaczej.
- Kim pani jest? I dlaczego chce pani ze mną rozmawiać? – dokończył pytanie po chwili pierwszego oszołomienia.
- Możesz mówić mi Gabriela – odparła nieznajoma.
- Dobrze. Pani Gabrielo, kim pani jest i dlaczego chce pani ze mną rozmawiać? –zapytał raz jeszcze, zastanawiając się czy jej imię jest prawdziwe, czy też ma coś sugerować. Gabriela jest żeńskim odpowiednikiem imienia Gabriel. Gabriel, takie imię nosił jeden z archaniołów, który zwiastował Najświętszej Pannie Marii, a wcześniej przepowiedział Zachariaszowi narodziny syna.
- Prosiłam abyś mówił mi Gabriela – raz jeszcze powtórzyła nieznajoma – Zaufaj mi. Chwyć mnie za rękę i zamknij oczy – poprosił delikatnym głosem.
- Dlaczego miałbym ci zaufać? Dlaczego miałbym chwytać cię za rękę i zamykać oczy? – zapytał wyraźnie zniecierpliwiony.
- Ponieważ ktoś chciałby z tobą porozmawiać o twojej przyszłości i temu jak możesz zmienić świat – odpowiedział równie spokojnym tonem jak poprzednio – Poza tym czy nie chciałbyś dowiedzieć się kto i po co zaparkował te samochody, o których wszyscy dzisiaj mówią? – postanowiła go podejść, odwołując się do jego ciekawości.
- Mojej przyszłości? – zdumiał się, nie wyrażając najmniejszego zainteresowania wątkiem motoryzacyjnym.
- Tak, twojej przyszłości oraz tego jak możesz przyczynić się do tego żeby świat stał się lepszy – udzieliła odpowiedzi czując, że połknął haczyk.
- Chyba i tak niczego więcej się od ciebie nie dowiem. Zatem prowadź Gabrielo! – stwierdził zdecydowanie chwytając ją za rękę i zamykając oczy. Gabriela uśmiechnęła się. Wygląda na to, że dobrze go ocenili.
- Możesz już otworzyć oczy – usłyszał spokojny męski głos. Otworzył oczy i spostrzegł, że znajduje się wewnątrz samochodu. Domyślił się, że znajduje się w jednym z zaparkowanych przed szkołą czarnych BMW. Jego domysły potwierdziło jedno spojrzenie za szybę.
- Jak to się stało? – zapytał lekko zdumionym ale jednocześnie zdecydowanym głosem – kim pan jest, bo Gabrielę zdążyłem już poznać? – skierował swoje pytanie do siedzącego na przeciwko niego mężczyzny w wieku ok. sześćdziesięciu lat ubranego w nienagannie skrojony i dopasowany garnitur.
- Witaj! Cieszę się niezmiernie, że nareszcie mogę cię poznać osobiście – spokojnym tonem odparł mężczyzna, zdradzając przy okazji swój niemiecki akcent – możesz mówić mi Zygfryd – dokończył.
- Świetnie! Najpierw jakaś „laska”, która próbuje mi za wszelką cenę udowodnić, że jest żeńską wersja Davida Copperfielda, a teraz pan, podstarzały Niemiec i każde z was wydaje się wyśmienicie bawić i wszystko wiedzieć! Może w końcu ktoś mnie oświeci i powie, co się dzieje!? – nie wytrzymał i wybuchnął w stronę swoich rozmówców.
- Odrobinę cierpliwości – poprosił Zygfryd – zaraz wszystkiego się dowiesz, a to, co usłyszysz odmieni twoje spojrzenie na otaczający cię świat – dodał zupełnie od niechcenia.
- No właśnie. Ciągle słyszę o tym zmienianiu świata – rzucił już nieco spokojniej – nie mogę doczekać się wyjaśnień. W swoim młodzieńczym buncie nie przyjmował do wiadomości, że to, co zaraz miał usłyszeć faktycznie odmieni jego życie.
- Pozwól, że na początek się przedstawię – rozpoczął swoją opowieść Zygfryd – nazywam się Zygrfyd von Stocker i jestem Najwyższym Zwierzchnikiem Stowarzyszenia „Prawy Świat”. Stosując bardziej przyziemną terminologię, jestem prezesem tego Stowarzyszenia – wyjaśniał mężczyzna – poza mną we władzach znajduje się jeszcze czterech innych członków, jednak to do mnie należy decydujący głos w podejmowaniu decyzji. Jesteśmy grupą filantropów, których głównym i jedynym celem jest uczynienie świata doczesnego miejscem idealnym, pozbawionym gwałtu, nieprawości, korupcji, przemocy wśród drugiego człowieka i każdego innego wynaturzenia. Naszym celem są ludzie, którym albo udało się uniknąć każącego ostrza wymiaru sprawiedliwości w wyniku sprytu i przebiegłości sowicie opłacanych adwokatów albo tacy, których to ostrze nie zdążyło jeszcze dosięgnąć. Nie chcemy, aby cały czas żyli w poczuciu, że są bezkarni – podkreślił z tajemniczym uśmiechem na twarzy Zygfryda - kolejnym typem są ludzie, których zbrodnie nie wyszły na światło dzienne. To kaci maltretujący swoich najbliższych w zakamarkach swoich mieszkań. To ci, których bezkarność opiera się na strachu i poczuciu bezsilności gnębionych. My działamy jak ten drugi typ.
- Jak to? – prawie wykrzyknął zdumiony.
- Skutecznie likwidujemy wrogi element – bez zawahania odparł Zygfryd – robimy to bezszelestnie, bez rozgłosu, jednak tak, aby wiadomość dotarła do ludzi o podobnym pokroju. Plotka szybko się roznosi drogi przyjacielu – powiedział patrząc w jego stronę – a my dajemy półświatkowi taką plotkę, a wraz z nią strach, który odpowiednio pielęgnujemy.
- Ale kto to robi? W jaki sposób? Przecież pan sobie chyba nie brudzi tego pięknego garnituru? Chyba nie zabijacie? – w jednym momencie pojawiło się tysiące pytań.
- Prosiłem abyś zwracał się do mnie po imieniu – powiedział lekko się uśmiechając Zygfryd – korzystamy z usług naszych agentów, których nazywamy Stróżami – kontynuował odpowiedź – tylko w ich gestii pozostaje jak daleko mają się posunąć, aby zrealizować cel, którym jest usunięcie zdegenerowanego elementu zdrowego i prawego społeczeństwa.
- Czy ten agent, Stróż, jak go nazwałeś musi zabijać? – ponowił swoje pytanie.
- Jeżeli tylko zajdzie taka konieczność – usłyszał niezwłocznie – naszym priorytetem jest dobro i życie ofiary, w drugiej kolejności Stróża, a na samym końcu złoczyńcy.
- Rozumiem – przyjął wyjaśnienia, cały czas nie wiedząc, co tutaj właściwie robi i po co mu o tym wszystkim opowiadają – ale co to ma właściwie wspólnego ze mną?
- Wszystko, a być może nic – odparł rozmówca.
- Jak to nic? W takim razie, po co ta cała szopka i kuglarskie sztuczki? – zapytał lekko poirytowany.
- Zależy nam na dyskrecji oraz deklaracji – rozpoczął równie delikatnie, co wcześniej Zygfryd – Wybraliśmy kilka młodych, zdolnych osób, w których widzimy potencjał. Potencjał ludzkiego dobra, oddania i determinacji słusznej sprawie oraz błyskotliwości zarówno fizycznej jak i mentalnej. Ty zostałeś jednym z głównych kandydatów, stąd cała ta „szopka”, o którą się srożysz – zakończył Zygfryd.
- Rozumiem, że oczkujecie jak najszybszej decyzji? – zapytał ponownie.
- Tak. Masz dwadzieścia cztery godziny na zastanowienie – rzuciła szybko Gabriela – jak będziesz znał decyzję wywieś zielona wstążkę w okolicy swojego domu. Jeżeli stwierdzisz, że nie jesteś zainteresowany wywieś czerwoną wstążkę. Brak wstążki będzie oznaczał automatyczną rezygnację. Ty zapomnisz o nas, my zapomnimy o sobie – zreferowała sprawnie Gabriela.
- Nawet gdybym się zgodził... przecież jestem jeszcze dzieckiem – powiedział z lekkim niepokojem w głosie.
- Owszem. Jednak jesteś na tyle dojrzały, aby umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakim świecie chcesz żyć i czy chcesz uczynić świat lepszym? – Zygfryd rozpoczął uspokajającym głosem – w tym momencie oczekujemy jedynie Twojej deklaracji. Chcemy abyś był gotowy zaangażować się sprawie, gdy nadejdzie czas. Nastąpi to nie wcześniej niż po przekroczeniu przez ciebie dwudziestego pierwszego roku życia.
- Brzmi sensownie. A jak zamierzacie mnie znaleźć? – zapytał.
- O to się nie martw przyjacielu – z uśmiechem odpowiedział Zygfryd – teraz cię znaleźliśmy, znajdziemy i za parę lat.
- Skoro tak twierdzisz – podsumował z przekorą godną swego wieku – czy w czymś jeszcze mogę pomóc? – zapytał z nutką lekkiej ironii.
- To chyba wszystko – powiedział Zygfryd – Gabrielo podaj naszemu przyjacielowi wstążki, aby miał jak dać nam odpowiedź.
- Dziękuję – odpowiedział odbierając od Gabrieli dwie wstążki mające posłużyć do komunikacji z nieznajomymi.
- Do zobaczenia przyjacielu! – powiedział Zygfryd
- Do zob... – nie zdążył dokończyć, gdy uświadomił sobie, że znalazł się z powrotem na drodze do domu. Ehhh te kuglarskie sztuczki – pomyślał – trzeba się dowiedzieć, o co w tym chodzi, bo inaczej może stać się to irytujące. Ścisnął w kieszeni otrzymane kolorowe wstążki. Uśmiechnął się i ruszył w drogę do domu. Znał odpowiedź.
Z zadumy wyrwał go nagły odgłos dzwonka do drzwi. Kto czułby potrzebę, aby go odwiedzać? Ciekawe, pomyślał i ruszył w stronę frontowych drzwi, aby przywitać niespodziewanego gościa. Popatrzył przez wizjer. Za drzwiami stał umundurowany mężczyzna. Dzwonek do drzwi rozbrzmiał ponownie. Nie chcąc powodować dalszego zniecierpliwienia mężczyzny, otworzył drzwi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz